Blog > Komentarze do wpisu

Pszczoła użądliła Koziołka

Szlagierowe spotkania w siatkówce mają to do siebie że 1.nie mogą się skończyć (może strzelimy po parę karnych, bo się ściemnia?) albo 2.zupełnie inaczej, trwają znaną co niektórym "godzinę z prysznicem". Przy pierwszej opcji zamieńmy karne na serwisy w rozłożoną chustkę o wymiarach metr na metr lub zagrajmy maksymalnie cztery partie i może spotkanie skończy się remisem (skąd my, amatorzy z łódzkiej Ligi to znamy ?) Gdy jakieś piętnaście lat temu do Bełchatowa przyjeżdżał kędzierzyński Mostostal, byliśmy świadkami tej drugiej wersji. Świderski, Papke, Chadała, Musielak, Prus, Szczerbaniuk i Gerymski sprawę załatwiali szybko. Emocji w tych czasach i pomiędzy tymi zespołami, często było jak na lekarstwo. Tyle historii. Wczoraj pierwszy z nich obserwował swoją drużynę z loży VIP-ów. Z pewnością jego dobry nastrój, zmieniał się wraz upływem czasu. Scenariusz sobotniego spektaklu mógłby posłużyć do napisania siatkarskiego thrillera o spotkaniu na szczycie. Oto gospodarze prowadzą przez prawie całą pierwszą partię, po to aby oddać ją w końcówce. Gdy wszyscy liczą na dobrą druga odsłonę, mistrz Polski dalej kontynuuje swe dzieło i wydaje się, że to spotkanie do jednej bramki nie potrwa zbyt długo. Po dziesięciu minutach przerwy, na kolejne starcie wychodzą już inni zawodnicy. Tzn. ci sami ale jednak inni. Sformatowani na nowo. Dobra, myślą sobie, teraz to już nie ma gdzie się odwrócić. Trzeba zacząć grać. Ludzie w końcu przyjechali, zapłacili pięć dyszek żeby zobaczyć kawałek dobrej siatkówki. Popis żywiołowej gry, walki o każdy metr i dwa siatkarskie elementy zadecydują o zwycięstwie gospodarzy. To przede wszystkim zagrywka i blok, zwłaszcza od zawodników którzy nie zachwycają we wcześniej grze. Mam na myśli Szalpuka i Lisinaca, a także nie dość dobudzonego Penczewa. Za to MVP, całego spotkania to osobny rozdział. Jego równa gra i pewność w decydujących momentach okażą się równie kluczowe dla końcowego wyniku. Bożyszcze kibiców, idol do naśladowania dla nas amatorskich klepaczy i absolutny lider zespołu, Mariusz Wlazły ponownie pokazał klasę. Gdzieś tam po cichu liczyłem na jego kosmiczną grę w ataku i atomowe serwisy, zwłaszcza gdy można było obejrzeć go na żywo. Kolejny raz rejestrowaliśmy obrazki z innego świata, z innego życia, obserwując tych którzy swoją pracą tworzą kolejną, współczesną historię. Znajomi po meczu wspomnieli o tym aby zaznaczyć we wpisie fakt o starej, siatkarskiej zasadzie. Nieco wyświechtanej i dla wielu już nudnej od ciągłego przypominania. Komentatorzy z Polsatu jednak wykazali się intelektem i mieli ciekawsze tematy do podsumowania spotkania. No fakt, potwierdza się ona po raz kolejny ale w jakże miłym dla nas, fanów Skry momencie. Powtórzę się z kliku notek wczesniej, ale telewizyjny przekaz nie oddaje tego co widzieliśmy będąc w hali "Energia". Z kilkunastu metrów wyżej wszystko wydaje się takie inne i tak proste do wykonania. Skaczą, uderzają, zdobywają punkt. Podrzucają piłkę i serwują z prędkością dochodzącą do 117 kilometrów na godzinę. Po drugiej stronie odbierają tą siłę, czasami na drugą stronę ale nierzadko "na nosek". Taka wydawałoby się prosta do wykonania rzecz. No dobra, to idziemy grać.
niedziela, 08 stycznia 2017, danielsad

Polecane wpisy

  • Ogłoszenia duszpasterskie

    Dwa lata temu w Rio dokonali cudu po raz pierwszy. Pokonać niepokonanych i to na ich arcytrudnym terenie? Niemożliwe. A jednak. Teraz zmieniła się tylko lokaliz

  • Dwa światy

    Gdy spoglądamy na obrazki z Rzymu i porównujemy je do Kędzierzyna-Koźla sprzed tygodnia, to widzimy dwa różne światy. U nas bój o mistrza Polski, tam walka o tr

  • Z deszczu pod rynnę

    Patrząc na dokonania polskich zespołów w grupowej fazie Ligi Mistrzów w konfrontacji z włoskimi ekipami, zostajemy daleko w tyle. Na szczęście wszystkie nasze d