RSS
wtorek, 02 października 2018
Gdyby tak zacząć oglądać te włoskie Mistrzostwa od początku i z zainteresowaniem (jakże inaczej) spoglądać na poczynania naszych siatkarzy, to dostaniemy obraz ekipy grającej... dość przeciętnie. OK, wygrana grupa i to z niebyle kim. Przezwyciężony kompleks Iranu (z KSW pod siatką), wygrana z Bułgarią (strzelectwo precyzyjne z serwisu) ale potem była Argentyna i Francja. A w siatkarski świat poszedł jasny sygnał: Oto Polaczki, chłopcy którzy swoje już wygrali ale mieli jasny cel - wejść do szóstki więc może i niech się w niej znajdą to będzie można z kimś wygrać. Tak tak, twierdzenie Nikoli Grbicia o tym że Serbowie byli zmęczeni (po rozbiciu Italii byli zmęczeni już do końca imprezy) i dlatego z nami przegrali, miało wręcz dyplomatyczne podejście, które miało uchronić jego ekipę przed niechybnym zarzutem o kunktatorstwo. Wpuszczamy Polskę, wywalamy Francję. Dostajemy po raz drugi w czapkę i tym samym wywalamy Włochów. Dwie pieczenie na jednym ogniu, a w półfinale i tak jesteśmy. Takie rozumowanie tylko coraz bardziej zaślepiało naszych rywali (patrz USA) którzy widzieli wciąż w Polsce jednego z najłatwiejszych przeciwników. A my po prostu graliśmy i to coraz lepiej. I właśnie gdy po morderczym spotkaniu (przegrywaliśmy 1:2) zwyciężyliśmy Amerykanów, mówiło się że dokonaliśmy rzeczy wręcz sensacyjnej, niemożliwej. Oni mierzyli w złoto. Każde innej miejsce było dla nich porażką. Nawet nie cieszyli się za bardzo z wywalczonego podium. Finał z Brazylią używając terminologii piłkarskiej, był ku zdziwieniu całego świata spotkaniem do jednej bramki. Jeszcze kilka miesięcy temu spoglądaliśmy na kanarkowych jak na zespół kompletny, prezentujący kosmiczną siatkówkę. Zwłaszcza po tym gdy z turnieju wywalili Rosjan po długich pięciu setach, wydawało się że i tym razem Wallace, Lukas, Renede, Fonteles i reszta doskoczą do zwycięstwa z Polską. Tym bardziej że mieli nieco więcej czasu na odpoczynek, mniej męczyli się w półfinale. Oni w ogóle byli na tych mistrzostwach doskonale przygotowani kondycyjnie. Tyle tylko że w starciu z Polską mieli najmniej do powiedzenia. Owszem postraszyli nieco w trzecim secie ale na krótko. Usłyszeliśmy już od naszych orłów Heynena że ufają mu bezgranicznie, że dzięki temu dają od siebie jakość, której nie było od czasów Antigi i że dziś śmiało patrzą w przyszłość. Patrzą i widzą medal w Tokio. Tutaj celna uwaga Rafała Steca, który zauważył że każdy z naszych zagranicznych złotych szkoleniowców był niestety krótko dystansowcem a na Olimpiadzie powodów do radości ostatnio nie mieliśmy. Nic to. Nasze złote chłopaki mają swoje pięć minut, tzn. mają swoje cztery lata przez które ponownie nazywać się będziemy najlepszymi kibicami najlepszej drużyny na świecie. Mieszanka rutyny z młodością dała najlepsze owoce. O wszystkich można by napisać teraz książkę. Każdy z nich ma jakąś swoją historię. Skupię się na kilku z nich. Postać Bartosza Kurka to faktycznie kapitalny materiał na film ale nie dokumentalny tylko sensacyjny. Gdy cztery lata temu Antiga wyrzucił go z Kadry wydawało się że reprezentacyjna emerytura już blisko. Zresztą nie on jeden zastanawiał się nad ostatecznym odejściem z drużyny narodowej. Taki film o Bartku, człowieku z żelaza, miałby z pewnością większą oglądalność niż Kler. Osoba Michała Kubiaka to z kolei obraz kapitana doskonałego. Takiego który raz uderzy, raz kiwnie, a jak trzeba to spotka się pod siatką ze swoim oponentem i powie mu kilka "miłych" słów. Wszystko oczywiście w granicach dobrego smaku. Fabian Drzyzga czyli jak to powiedział znajomy "człowiek który daje innym radość z p...……… On też miał słabszy okres gry ale wyjazd za granicę i ponowny powrót do kadry dał mu większą pewność siebie. Fabian z rozgrywacza stał się dla mnie kreatorem gry. Kimś kto wie jak zagrać do kolegi, gdy ten ma np. gorszy dzień. Ważny element w układance Vitala. Paweł Zatorski, skromny, spokojny nie zapatrzony w siebie i szalenie wesoły siatkarz. Po każdej akcji Polaków chyba najbardziej cieszący się facet na boisku. Dający pewne przyjęcie zagrywki i niesamowity przegląd pola. Kuba Kochanowski to dla mnie taki polski Lucas. Pierwszy środkowy od wielu lat który ma naprawdę mocną zagrywkę i podobnie jak Mariusz Wlazły nie posiadający układu nerwowego. Przy tym młody, a więc perspektywiczny. Pewniak. Gdy w przyszłym roku w lipcu, dołączy do nas jeszcze Wilfredo Leon to dopiero będą emocje, a mecz wygra lepszy.
18:17, danielsad
Link Komentarze (1) »
niedziela, 03 września 2017
W zakończonych właśnie Mistrzostwach Europy chyba wszyscy liczyliśmy na medal. Jakikolwiek. To trochę jak w totka, może być wygrana, nawet najniższy stopień miał dać satysfakcję. Niestety, w tym przypadku nie było nawet "trójki". Kilkanaście godzin po wielkim rozczarowaniu w sukurs przyszli reprezentanci Francji i Włoch. Dwóch faworytów do zgarnięcia złota dostało klapsa od dużo niżej notowanych rywali, po czym spokojnie pod halą zapalili papierosa i z uśmiechem na ustach udzielali wywiadów. Idźmy dalej. W półfinałowym pojedynku Serbia prowadziła z Niemcami w setach 2:0, a w tie-break'u 10:8. W tym momencie Nikola Grbić przerwał grę (strasznie chory przepis) prosząc o Challenge, gdyż twierdził że Niemcy dotknęli siatki. Jakież było zdziwienie gdy okazało się że w górną taśmę faktycznie wpadli... jego podopieczni. Ostatecznie Serbia przegrała wygrany mecz ale po końcowym gwizdku nie wyglądała na mocno zdruzgotanych. Po prostu, stało się. Dlaczego wspomniałem akurat o tych dwóch kwestiach? Mam dziwne wrażenie trochę nazbyt lekkiego podejścia do całej operacji Eurovolleya w Polsce w wykonaniu niektórych zespołów, w tym także naszej kadry. Ich występ wyglądał trochę jak spotkanie kolegów po latach na szkolnym trzepaku i "popykanie" sobie w siatkę bez zbędnych ceregieli. Brak odbioru, brak zagrywki, brak bloków i wybloków i w końcu brak kończących ataków. Naturalnie "momenty były" ale sami widzieliśmy że chwilowe przebłyski, nijak mają się do smutnej statystyki na tej imprezie 2:2. Wynik poniżej oczekiwań skazuje ich "na wieczne wygnanie z Reprezentacji i powołanie w całości młodej i zdolnej Kadry U-21". To ocena usłyszana podczas jednej z wielu rozmów po klęsce ze Słowenią i jak się okazuje nie jest to pierwsza taka sugestia w tym sezonie. OK, Ligę Światową wybaczyliśmy sądząc że to był nadal element przygotowań. Następnie Memoriał Wagnera nieco uspokoił naszą czujność. W końcu drugim składem pokonaliśmy po pięknej walce samych Rosjan i wyglądało to naprawdę całkiem obiecująco. No i później na dzień dobry dostaliśmy srogie lanie od Serbów. Wymęczone zwycięstwa nad Finlandią i Estonią już zwiastowały nadejście burzy no i po spotkaniu ze Słowenią nasz szkoleniowiec podobnie jak wspomniani Francuzi czy Włosi, niemal z "rogalikiem" na twarzy spokojnie wytłumaczył że zespół w budowie, że to nowa drużyna i że czasu jej potrzeba. Aż prosi się sparafrazować nieco słowa inżyniera Mamonia z kultowego "Rejsu": "Ja to proszę Pana szczególnie nie chodzę na polskie mecze, tzn. jak Polska gra. Nuda, proszę Pana... Nic się nie dzieje.. No zero akcji proszę Pana i kto za to płaci? Ja płacę, Pan płaci, Państwo płacicie". Finałowe spotkanie było kapitalnym widowiskiem i choć wszystko zgarnęli Rosjanie, to zwycięstwo nie przyszło im gładko. Można nawet powiedzieć że Niemcy byli o krok od sensacji. Minimalna porażka po tie-break'u ujmy im nie przynosi. To właśnie niezwykle rzadka sytuacja kiedy w wielkim finale przegrany może i tak się cieszyć z tego co do tej pory osiągnął.
23:40, danielsad
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 10 lipca 2017
Dwa lata temu w Rio dokonali cudu po raz pierwszy. Pokonać niepokonanych i to na ich arcytrudnym terenie? Niemożliwe. A jednak. Teraz zmieniła się tylko lokalizacja. Kurytyba i stadion piłkarski, który miał być wypełniony każdego wieczoru. Spapugowany nasz pomysł który do końca nie wypalił również ze względu na pogodę. Plus 10 stopni Celsjusza to trochę za mało na grę w siatkę... O statystykach kilka słów; Gdyby Wallace nie dotknął taśmy przy własnym ataku, rzecz spotykana dość rzadko wśród zawodowców, w tie-break'u Brazylia prowadziłaby już 8:4 i ciężko byłoby ją złapać na bliższy kontakt punktowy. A za chwilę akcja roku, Ervin N'Gapeth broni piłkę lub broni się przed piłką i trafia szóstkę w totka. Piłka ląduje dokładnie w narożniku gospodarzy. Fachowcy od piłki kopanej powiedzieliby: "okienko". Tak, to okienko otworzyło Francuzom szanse na więcej. Dało jasny sygnał: "Dacie radę, Brazylia już nigdy nie będzie nie do pokonania" i stało się. Po dwóch latach wróciło stare. Francja zdobyła Ligę Światową. Ilu z nas zadało sobie wówczas pytanie; Ciekawe jakby nasi złoci Juniorzy zagraliby z Trójkolorowymi? Ba, ciekawe jakby zagrali ze starą Kadrą? W końcu musieliśmy się czymś nasycić tego lata po nieudanej "światówce" i przez chwilę wróciliśmy do roku 1997, kiedy nasi ówcześni młodzi gracze sięgnęli po Mistrzostwo globu. Piękna sprawa widzieć to raz jeszcze. Nasze zaplecze kadrowe, nasz narybek w dobrym stylu potrafił podnieść się z kolan w meczu z Canarinhos i po ciężkim boju awansował do finału w którym po prostu zdetronizował przeciwnika w każdym elemencie. Kto oglądał ten wie. Wszystko wyglądało w tym finale tak, jakby już wcześniej było wyreżyserowane. Poszło gładko, lekko i przyjemnie. Skąd my to znamy? Ano znać nie możemy bo nigdy w takim stylu nie ogrywaliśmy rywali i to w finale wielkiej imprezy. Jakub Kochanowski zostaje MVP całego turnieju. Z historią u mnie nie najgorzej ale nie przypominam sobie kiedy któryś z naszych środkowych został wybrany najlepszym graczem na swojej pozycji, o "Most Valuable Player" nie wspominając. Nie mam zamiaru teraz pastwić się nad podopiecznymi de Giorgiego ale Kuba może być tym pierwszym który wprowadzi mocną zagrywkę wśród środkowych. Z archiwum X: Marcin Prus wraz z Jarosławem Stancelewskim, później Daniel Pliński a później długo, długo nic i wreszcie jest Jakub. To niby taki mały szczegół, bo o starszej kadrze moglibyśmy dyskutować godzinami o innych pozycjach ale skupiam się właśnie nad środkiem. No dobrze jest i mocno zagrywający Mateusz Bieniek i choć jest to wciąż tylko i aż agresywny flot to akurat od niego, światełko w tunelu bije coraz mocniejszym światłem. To znów sobie poczekamy na ten mix jogurtowy, na tą mieszankę młodości z rutyną. Młodości niczym nie skrępowanej, nie stresującej się pod okiem nowego szkoleniowca, tylko wciąż prącej do przodu. Rutyny, która oddech na plecach czuje już większy, która wie że teraz to już nie można tylko właściwie trzeba bo inaczej nie wypada... Zdanie, o pełnym przeniesieniu młodej kadry w miejsce starej słyszałem ostatnio nie raz. "Skoro zdobyli mistrzostwo a tamci nic to są lepsi i tyle". Nie tak szybko. Nie od razu Kraków zbudowano. Może dla starszych, ta pokazowa czeska lekcja, będzie pewnego rodzaju iskrą, której do tej pory zwyczajnie brakowało.
21:05, danielsad
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 30 kwietnia 2017
Gdy spoglądamy na obrazki z Rzymu i porównujemy je do Kędzierzyna-Koźla sprzed tygodnia, to widzimy dwa różne światy. U nas bój o mistrza Polski, tam walka o tron w Lidze Mistrzów. Nie oszukujmy się, w tym sezonie Europa nie była dla nas łaskawa ale co gorsza, pojedynki w Final Four jeszcze bardziej oddaliły naszą siatkówkę od Starego Kontynentu. I o ile w pierwszym półfinałowym spotkaniu Zenit Kazań, bez większych problemów pokonał niemiecki Berlin Recycling Volleys, to w drugim odcinku zagrali między sobą Włosi i to jest ten poziom wyżej w siatkarskim fachu. Poziom jak na razie dla nas nie osiągalny i już nie wspomnę o rundzie play-off. Mam na myśli całokształt w tym klubowym roku, który nie oszukujmy się, był po prostu słaby w naszym wydaniu. Dla mnie wspomniany drugi półfinałowy pojedynek, był swoistym szablonem, pokazem walki nie tylko z przeciwnikiem zza miedzy. Także z własnymi słabościami. W takich chwilach nie rozumiem siatkarskiej federacji, która nigdy nie dopuszcza do tego aby w finale Champions League, starły się ekipy z tego samego kraju. Pytam, dlaczego? Czyżby potyczka Perugii z Zenitem miała być bardziej emocjonująca? Kto widział, ten wie jak to się skończyło. Na Rosjan z Kazania nie ma mocnych. No chyba że spełnią się marzenia co niektórych i do Ligi Mistrzów ściągniemy Brazylijczyków z Sady Cruzeiro. Wracając jeszcze do pojedynku Civitanovej z Perugią, warto przeszkolić sędziów z systemu "challenge". Przypominam akcje, w której Sokołow uderzył w taki sposób że piłka odbiła się od pleców Zaytseva i wyszła w aut. Arbitrzy przyznali po powtórce piłkę gospodarzom, nie dopatrując się tym samym błędu przyjmującego Perugii. Skandal? Na szczęście była to jedna z nielicznych pomyłek, ale ciekaw jestem co by było gdyby ta akcja decydowała o końcowym wyniku przy grze np. na przewagi. W tym miejscu możemy z dumą stwierdzić że u nas taka sytuacja nie miałaby miejsca. W Rzymie w "telewizor" jak stwierdził Ireneusz Mazur, wpatrywało się czterech facetów a i tak nie było pewności o sprawiedliwej, końcowej decyzji. Z zazdrością obejrzeliśmy transmisję w której jak ulał pasuje powiedzenie które wiele lat temu opisywało ekipę Reprezentacji Niemiec w piłce nożnej. Trochę przerabiając: Wszyscy grają w siatkówkę, a na końcu i tak zwyciężają Rosjanie z Kazania. My na tym polu wyglądaliśmy trochę tak jakbyśmy byli myślami już przy tegorocznym Euro Volleyu. W zderzeniu z Europą szybko straciliśmy szansę na więcej i zrobiliśmy krok do tyłu w elitarnych rozgrywkach. Aby ten stan się nie pogarszał, musimy być konkurencyjni w sprowadzaniu nazwisk z najwyższej półki. A tu już łatwo nie będzie. Większość topowych graczy obiera kurs na Rosję i Włochy. Można powiedzieć że Niemcy również włączają się w tą grę o solidne miejsce na kontynencie. Też chcą coś skrobnąć z tego tortu i całkiem nieźle im to wychodzi. Naszym flagowym zespołem miała być oczywiście Zaksa. Jednak po odejściu de Giorgiego mam wrażenie że długo w "czwórce" się nie pojawimy. No chyba że przyznają nam kolejny raz bycie gospodarzem. Wówczas od razu zostaniemy najlepsi. W organizacji całej imprezy.
22:32, danielsad
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34
Tagi