RSS
sobota, 28 stycznia 2017
Siatkarski klasyk w Plus Lidze za nami. Hala na Podpromiu wreszcie okazała się mocno szczęśliwa dla gospodarzy którzy przełamali złą passę. To ważne, zwłaszcza w kontekście odbudowy zaufania wśród sympatyków zespołu i przyszłotygodniowego pojedynku w Lidze Mistrzów. Gościom po raz drugi w tym sezonie nie udało się pokonać odwiecznego rywala. Skra Bełchatów wygrała tylko jednego seta. I choć długimi okresami gry wydawało się że także druga partia padnie łupem przyjezdnych, to niby bezpiecznych, trzech punktów przewagi nie udało się dowieść do końca. Bełchatowianie zostali nieco uśpieni początkową, słabą grą Resovii. Podopieczni Andrzeja Kowala wolno wchodzili w ten mecz ale w ich przypadku czas działał na korzyść. Kluczowa, trzecia partia i jej nerwowa końcówka jak się później okazało, była decydująca dla losów całego spotkania. Tak też zwykle bywa że po przegranym na przewagi secie, zwłaszcza gdy przed chwilą był remis, to drużyna nie jest w stanie ponownie wejść na swój wysoki poziom. Czuje że przeciwnik jest o jednego seta lepszy i jeden set pozostaje mu do końcowego zwycięstwa. Paradoks całego horroru w końcówce trzeciej partii polegał na tym że szkolną pomyłkę popełnił ten siatkarz, który w ogóle dał tą końcówkę bełchatowianom. Przy sytuacyjnych piłkach ręka mu nie zadrżała. Do czasu. Mariusz Wlazły najpierw kapitalnie kończył ciężkie piłki aby za chwilę popełnić szkolny błąd, a następnie zostać zablokowanym. To jest właśnie siatkówka. Przed sekundą mogłeś być Bogiem, teraz jesteś jednym z nas. W tej sytuacji przegranym. Po drugiej stronie siatki szalał za to Gavin Schmitt. Kanadyjczyka pamiętamy z dobrej gry w swojej reprezentacji. W dzisiejszym spotkaniu widać w nim było absolutnego lidera. Owszem, jak każdy z Resoviaków, miał swoje słabsze chwile ale w ogólnym rozrachunku możemy ocenić go tylko pozytywnie. Zresztą statuetka MVP nie mogła trafić do kogoś innego. Dla Asseco Resovii to zwycięstwo na nowo pozwala uwierzyć we własne siły. Pamiętny blamaż z Cucine Lube Civitanową i porażki z Lotosem Treflem Gdańsk powoli podcinały gałąź zaufania wśród kibiców wicemistrza kraju. Nierzadko podczas meczów można było usłyszeć gwizdy, a internet aż kipiał od negatywnych ocen w kierunku szkoleniowca. Z pewnością wygrana ze Skrą za trzy punkty, pozwala trochę odpocząć od tej wirtualnej nagonki. Przynajmniej do następnych występów w ekstra klasie. Bo o ile będzie można mieć spokój, nawet w wypadku przegranej w hali mistrzów Włoch, to kolejne wpadki na krajowym podwórku, zwłaszcza u siebie, mogą już kosztować odpowiednio więcej. Skrę Bełchatów czeka pojedynek u siebie z pokonaną niedawno Lubljaną. Na tym polu sytuacja po początkowych niepowodzeniach powoli wraca do normy. Dwa dobre spotkania u siebie z teoretycznie słabszymi przeciwnikami powinny dać awans. Tutaj także kolejny włoski zespół może być nie do przeskoczenia ale nie ma co ukrywać że w obecnej chwili i Modena i Civitanova są raczej poza naszym zasięgiem.
19:05, danielsad
Link Komentarze (2) »
niedziela, 08 stycznia 2017
Szlagierowe spotkania w siatkówce mają to do siebie że 1.nie mogą się skończyć (może strzelimy po parę karnych, bo się ściemnia?) albo 2.zupełnie inaczej, trwają znaną co niektórym "godzinę z prysznicem". Przy pierwszej opcji zamieńmy karne na serwisy w rozłożoną chustkę o wymiarach metr na metr lub zagrajmy maksymalnie cztery partie i może spotkanie skończy się remisem (skąd my, amatorzy z łódzkiej Ligi to znamy ?) Gdy jakieś piętnaście lat temu do Bełchatowa przyjeżdżał kędzierzyński Mostostal, byliśmy świadkami tej drugiej wersji. Świderski, Papke, Chadała, Musielak, Prus, Szczerbaniuk i Gerymski sprawę załatwiali szybko. Emocji w tych czasach i pomiędzy tymi zespołami, często było jak na lekarstwo. Tyle historii. Wczoraj pierwszy z nich obserwował swoją drużynę z loży VIP-ów. Z pewnością jego dobry nastrój, zmieniał się wraz upływem czasu. Scenariusz sobotniego spektaklu mógłby posłużyć do napisania siatkarskiego thrillera o spotkaniu na szczycie. Oto gospodarze prowadzą przez prawie całą pierwszą partię, po to aby oddać ją w końcówce. Gdy wszyscy liczą na dobrą druga odsłonę, mistrz Polski dalej kontynuuje swe dzieło i wydaje się, że to spotkanie do jednej bramki nie potrwa zbyt długo. Po dziesięciu minutach przerwy, na kolejne starcie wychodzą już inni zawodnicy. Tzn. ci sami ale jednak inni. Sformatowani na nowo. Dobra, myślą sobie, teraz to już nie ma gdzie się odwrócić. Trzeba zacząć grać. Ludzie w końcu przyjechali, zapłacili pięć dyszek żeby zobaczyć kawałek dobrej siatkówki. Popis żywiołowej gry, walki o każdy metr i dwa siatkarskie elementy zadecydują o zwycięstwie gospodarzy. To przede wszystkim zagrywka i blok, zwłaszcza od zawodników którzy nie zachwycają we wcześniej grze. Mam na myśli Szalpuka i Lisinaca, a także nie dość dobudzonego Penczewa. Za to MVP, całego spotkania to osobny rozdział. Jego równa gra i pewność w decydujących momentach okażą się równie kluczowe dla końcowego wyniku. Bożyszcze kibiców, idol do naśladowania dla nas amatorskich klepaczy i absolutny lider zespołu, Mariusz Wlazły ponownie pokazał klasę. Gdzieś tam po cichu liczyłem na jego kosmiczną grę w ataku i atomowe serwisy, zwłaszcza gdy można było obejrzeć go na żywo. Kolejny raz rejestrowaliśmy obrazki z innego świata, z innego życia, obserwując tych którzy swoją pracą tworzą kolejną, współczesną historię. Znajomi po meczu wspomnieli o tym aby zaznaczyć we wpisie fakt o starej, siatkarskiej zasadzie. Nieco wyświechtanej i dla wielu już nudnej od ciągłego przypominania. Komentatorzy z Polsatu jednak wykazali się intelektem i mieli ciekawsze tematy do podsumowania spotkania. No fakt, potwierdza się ona po raz kolejny ale w jakże miłym dla nas, fanów Skry momencie. Powtórzę się z kliku notek wczesniej, ale telewizyjny przekaz nie oddaje tego co widzieliśmy będąc w hali "Energia". Z kilkunastu metrów wyżej wszystko wydaje się takie inne i tak proste do wykonania. Skaczą, uderzają, zdobywają punkt. Podrzucają piłkę i serwują z prędkością dochodzącą do 117 kilometrów na godzinę. Po drugiej stronie odbierają tą siłę, czasami na drugą stronę ale nierzadko "na nosek". Taka wydawałoby się prosta do wykonania rzecz. No dobra, to idziemy grać.
19:20, danielsad
Link Dodaj komentarz »
Tagi