RSS
środa, 27 lutego 2013

Nie spodziewałem się że mój już nieco przestarzały sprzęt odmówi posłuszeństwa dokładnie w niedzielne przed południe. Wyglądało to tak jakby przeczuł długotrwałe pisanie po pierwszym, a następnego dnia po drugim spotkaniu pomiędzy Bełchatowem a Rzeszowem. Właściwie kiedy od piekielnie ciekawych spotkań mija trochę czasu, emocje także zostają wyciszone i spojrzenie na niektóre sprawy nabiera innego koloru. Można pisać że Skra się odrodziła, że dostała w tej grze nowe życie, a Resovia została podwójnie przetrącona w tej jednak cięższej przeprawie niż pierwotnie myślała. Można też pastwić się nad mistrzami Polski że nie wykorzystali swojej olbrzymiej szansy na dobicie ledwie dryfującej za burtą ekipy Jacka Nawrockiego. Mieli rzeszowianie półfinał już na wyciągnięcie ręki, mieli w garści a jednak. Wróbel bez skrzydeł który był w garści po dwóch meczach, cudem uciekł. To wszystko jednak już doskonale wiemy. Mamy niesamowity spektakl dwóch drużyn które gwarantują emocje nie mniejsze niż w finale ubiegłorocznych mistrzostw w kraju. Celna uwaga Tomasza Swędrowskiego o tym że ta rywalizacja w porównaniu z zeszłym sezonem jest nawet zdecydowanie ciekawsza. Zgadza się. Teraz gra toczy się o życie. O to aby nie być na negatywnych językach w strefie siatkówki i pokazać że ćwierćfinał to zdecydowanie za mało. Po takich bojach jak ten w Bełchatowie chciałbym aby ta rywalizacja nie skończyła się w Rzeszowie. Powinna trwać dalej. Pomyśleć że jedną drużynę od drugiej mogą dzielić dwie piłki, dwie akcje które przesądzą o ostatecznym wyniku, to niesprawiedliwe dla pokonanych. Obojętne kim będą, zwłaszcza po tym co obejrzeliśmy do tej pory. Litry potu wylane na boisku nie zrekompensują przegranej. Teraz zwycięstwo smakować będzie jeszcze wyborniej. Porażka stanie się ciężką próba do zniesienia.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Po wczorajszej pierwszej odsłonie w najciekawszej parze playoff'ów, mieliśmy dopiero krótki wstęp do dania głównego, które otrzymaliśmy dzisiaj. Uśmiechy i krótkie rozmowy skończyły się na etapie rozgrzewki. W walce która trwała ponad dwie i pół godziny, do samego końca nie było wiadomo kto odniesie zwycięstwo. Jak przystało na tych dwóch najlepszych z ubiegłego roku mieliśmy kawał dobrej siatkówki. Gdyby jednak przyznawać punkty za finezje i efektowne akcje to jurorzy mieliby spory problem z przyznaniem komukolwiek jakiejś nagrody. To była twarda gra o każdy metr boiska, podyktowana warunkami jakie zastali zawodnicy. Od wspaniałych akcji które mogli kończyć, po spektakularne bloki i piłki które spadały im pod nogi. Od mocnych, nierzadko serwisowych asów, po floty i niewielkie auty które zdarzało się że były w rzeczywistości boiskiem. Tutaj pewna dygresja: Skoro system challenge, tak dobrze spełniający swoją rolę, dziś z różnych powodów zawiódł, z pewnością można by skorzystać w tym momencie z kamer Polsatu Sport. Niestety, w XXI wieku i wciąż rosnących technologii taka opcja jest zbyt ciężką do przełknięcia dla osób zajmujących się wspomnianym udoskonaleniem. Szkoda. Wiele piłek przez sędziów nie było wyłapanych i choć były to skrajne przypadki to jednak pogorszyły jakość tego widowiska. Na szczęście nie wpływały znacząco na wynik, co w tym przypadku byłoby już poważnym problemem.

Rzeszów prowadzi w rywalizacji do trzech zwycięstw już 2:0. Bełchatów ledwie zipie. Piekielnie ciekawym jest czy uda mu się wrócić do hali, jeszcze mistrzów, na piąte decydujące spotkanie. Po pierwszych meczach za tydzień nikt już nie będzie pamiętał że Skra walczyła. Walczyła i przegrała bo była gorsza. Taka jest prawda i nie ma co doprawiać do tego żadnej ideologi. Otwartym pytaniem pozostaje to czy zdoła się podnieść, zmusić rywala do swoich warunków i przypomnieć sobie o swojej sporej sile, którą straszyła jeszcze niedawno. Ciężko będzie poukładać coraz bardziej rozsypującą się machinę. Te kilka dni może nie wystarczyć na złożenie wszystkiego od nowa. A przeciwnik rośnie w pewność i nieziemską moc którą będzie chciał zaprezentować przy najbliższej okazji. Resovia zyskała w tej grze trzy życia. Trzy szanse na to aby dokumentnie rozpracować rywala. Naturalnie im szybciej tym lepiej, nie można dać się odrodzić ustępującej potędze. Teraz dopiero zacznie się decydujące starcie. Dla jednych o pozostanie przy życiu, dla drugich o dobicie przeciwnika.

niedziela, 17 lutego 2013

Przed nami rywalizacja w tzw. „Małym finale” naszej rodzimej siatkarskiej ekstraklasy. O ile rok temu te spotkania miały wyłonić mistrza Polski, o tyle w tym sezonie to walka o przetrwanie. Przegrany dobitnie poczuje jak cienka jest granica między chwałą a sromotną porażką, bo taką będzie niewątpliwie odpadnięcie w pierwszej rundzie drużyny z podium poprzedniego sezonu. Powstanie tej pary już na tak wczesnym etapie playoff’ów świadczy o dogłębnej polaryzacji Plus Ligi. Z pewnością oprócz wzmacniania się poszczególnych ekip wpływ na takie rozstawienie ma także forma tych, co przed sezonem stawiani byli w gronie faworytów. Rzeszów i Bełchatów należąc do tej grupy, z ekip których należy się bać stali się przeciętnymi zespołami, które swoją pewnością siebie sądziły że nadal będą rządzić i dzielić w kraju. Nietrafione ruchy transferowe albo ich kompletny brak świadczą tylko o słabym zarządzaniu zespołem. W jakimś stopniu ma to swoje przełożenie na kiepskie wyszkolenie i wyniki. Nie wspomnę o ogromnych budżetach obu zespołów i o tym że przecież osoby odpowiedzialne za taki stan w drużynie biorą za swoją prace także spore pieniądze. Niektórzy z dziennikarzy sportowych już wieszczą rychły upadek drużyny która odpadnie. Podkreśla się przy tym ciężkie spotkanie z rzeczywistością, zdziwienie i zawiedzenie kibiców, nie mówiąc już o sponsorach. Nie sądzę aby tak się stało. Owszem tak jak pisałem, przez pierwsze dni ciężko się będzie zmierzyć z opinią „wielkiego przegranego”. Udzieli się kilku wywiadów że jest nam przykro, że zawiedliśmy itd. itp. tak aby coś tam powiedzieć do kamery i gazety. W kręgach siatkarskich będzie się żyć „spektakularnym upadkiem” albo „zbyt szybkim przyjściem końca”. Piszący będą mieć przez pewien czas sporo pożywki do pisania, ale to w końcu minie. Siatkarze dostaną szybsze wakacje, spakują walizki i wyjadą na zasłużony odpoczynek a później zaczniemy żyć znowu kadrą i jej występami w zmodyfikowanej Lidze Światowej. Przyjdą inne siatkarskie emocje. Na razie jednak pozostajemy w atmosferze ciekawości jak w pierwszych odcinkach polskiego serialu poradzą sobie aktorzy w ciężkich do zagrania rolach. 

czwartek, 14 lutego 2013

Przyznaje bez bicia, sądziłem że we włoskim Cuneo będziemy świadkami gry jednej drużyny. W wielu wpisach widziałem Maceratę w ścisłym finale Final Four, a może nawet jako zdobywce pierwszego miejsca. Bre Banca Lannutti Cuneo mocno zweryfikowała te spostrzeżenia. Zespół Roberto Piazzy pokazał jak grać w drugim spotkaniu, skoro w pierwszym uległ dużo mocniejszemu, jak się wtedy wydawało, przeciwnikowi. Właściwie ta wewnętrzna włoska gierka powinna być elementarzem dla wszystkich tych co zgłębiają tajniki tego sportu i chcą się w nim doskonalić.

Po dwóch setach tego spotkania, kiedy było już 2:0 dla Cuneo, Lube Banca rozpoczęła mozolny powrót do tego widowiska. Usystematyzowała grę, której właściwie nie było w dwóch poprzednich partiach. Siatkarze Giulianiego przestali odbijać się od bloku, który był nieprawdopodobnie mocną bronią gospodarzy. Mimo to wciąż nie było wiadomo jak znaleźć pomysł na złamanie tak wspaniale przecież grających Grbicia i reszty. Choć w tym spotkaniu nie brakowało spornych sytuacji, które nierzadko mogły być przyczynkiem do większych dyskusji to o dziwo za każdym razem pośrednikiem w takich momentach był sędzia. Siatkarze nie starali się rozmawiać między sobą. Owszem, ich aktorska włoska gra musiała gdzieś znaleźć swe ujście. Charakterystyczne, wymowne spojrzenia mówiły o wiele więcej niż niejedno słowo. Doświadczony wspomniany arbiter zaś, niczym rewolwerowiec trzymał rękę na kaburze, z której już chciał sięgać po swoją broń. Na szczęście dla głównych aktorów tego spotkania, nie oddał żadnego strzału.

Przy stanie 2:2 wydawało się że wkraczamy do innego świata. Siły zostały wyrównane, wreszcie zacznie się konsumowanie deseru. Przed nami pozostał jeden, albo dwa tie-breaki. Innych opcji nie ma. Cuneo ruszyło do tej partii z głową, z pomysłem na taktykę która dawała oczekiwane efekty na początku tego meczu. Macerata sądziła że już upolowała zwierzynę, że ta ledwo zipie i jej klęska jest blisko. Nic bardziej mylnego. Teraz to gospodarze zaczęli swój powrót do zwycięstwa, do kolejnego przetrwania które daje im kolejną szansę na decydującą już odsłonę. Ostateczną rozgrywkę. 

Tydzień temu pisałem że kiwkami meczu się nie wygrywa. Zgadza się, ale można nimi skutecznie łamać nawet najtwardszą psychikę. Nicola Grbić, który w pierwszym spotkaniu nie miał zbyt dużego wspomagania, po raz kolejny wzniósł się na wyżyny swoich możliwości. Jego usilnie tworzona koncepcja gry była nie do wytrzymania przez gości. W złotej partii wydawało się że o awansie powinien zadecydować chyba rzut monetą, bo gra punkt za punkt nie przyniesie rozstrzygnięcia. Przy stanie 5:5 poważna pomyłka w ataku Zaytsewa była przyczyną do powstania już poważniejszych problemów. Kolejna piłka na przełamanie do włoskiego egzekutora i kolejny błąd. Zaraz potem trochę niedbały odbiór i z gry łeb w łeb zrobiły się trzy punkt przewagi. W meczu z takim przeciwnikiem i podczas złotej partii to cała wieczność. Odrobić się tego zwyczajnie nie da. Uprzejmości się skończyły, przeciwnik więcej darmowych piłek nie poda.

Bre Banca Lannutti Cuneo będzie zatem przeciwnikiem Zaksy Kędzierzyn-Koźle w meczu półfinałowym w Omsku. Dekadę temu Mostostal, właśnie wtedy kiedy święcił swoje największe triumfy miał ten zespół w swojej grupie. Dwukrotnie wówczas pokonaliśmy włochów 3:2.

 
1 , 2 , 3 , 4
Tagi