RSS
niedziela, 16 lutego 2014

Jak tak dalej pójdzie to za kilka sezonów będziemy mieli w Final Four, cztery rosyjskie ekipy, którym na dobrą sprawę przydzielić trzeba będzie cztery osobne tytuły mistrzów Europy. W końcu każda z nich zasługiwać będzie na specjalne traktowanie. Szanse gospodarzy (o ile przyznanie zorganizowania tego turnieju przypadnie komuś spoza terytorium sąsiada ze wschodu) będą czysto iluzoryczne. Może najlepiej od razu wstawmy do playoffów po dwóch rosyjskich strzelców aby ktoś spoza koryta zbyt długo nie żył nadzieją na dokonanie niemożliwego.

Scenariusz tureckiej imprezy zakłada że w ścisłym finale na pewno będzie któraś z rosyjskich drużyn bo w półfinale trafia swój na swego. Skończyły się włoscy dawcy punktów. Trzeba się będzie wystrzelać między sobą. Zarówno Copra Piacenza jak i Trentino Volley, pogrzebały swe szanse już po pierwszych spotkaniach. Obu klubom nie udało się w dwumeczu zdobyć choćby jednego seta. To tylko świadczy o fakcie jak miażdżąca jest siła rosyjskiej siatkówki. O ile Trento które z powodu kontuzji, straciło ostatecznie swoich trzech podstawowych graczy, o tyle w Piacenzie pokładałem nadzieje na co najmniej jeden tie-break. Zenit Kazań nie pozwolił na to ani przez chwilę. Grę idealnie prowadził przez cały czas Nikola Grbić. Serbski rozgrywający od 2008 roku powtarza że czas zakończyć karierę. Wygląda na to że bez względu na przebieg FF, zobaczymy go w sierpniu na Stadionie Narodowym. Naturalnie w roli zawodnika. Pamiętam jak rok temu razem z Cuneo zdobywał drugie miejsce we wspomnianych zawodach. Jego wyraz twarzy mówił o wszystkim. Nieznaczny, udawany uśmiech podczas wręczania nagród, zdradzał spore zdenerwowanie. On sam zapewne czuje że z Zenitem szanse na zagarnięcie wszystkiego są dość znaczne. Zdecydowanym faworytem pary Bielogorie Bielgorod - Trentino Volley, byli podopieczni Gienadija Szipulina. Tutaj perspektywy na końcowe zwycięstwo są również bardzo szerokie. Zlepka rosyjskich weteranów w tym Sergieja Tietuchina i Aleksieja Kazakchova, z niemiecką bombą w ataku (Gyorgy Grozer) oraz pewnym kierowaniem gry (Dragan Travica), jest także widziana w gronie tych co wyjadą z Ankary zwycięsko. Dotychczas są jedyną drużyną, która straciła w drodze do Turcji zaledwie dwa sety.

Klubowa dominacja Rosji trwa w najlepsze. Jak już pisałem, ze swojej drogi usunęli nad wyraz słabych, w tym sezonie Włochów. Czas na sprawdzenie się w bratobójczym pojedynku. Ich formę, choć na zupełnie innym polu, sprawdzać będą gracze PGE Skry Bełchatów. Świeżo upieczony półfinalista pucharu CEV, spotka się tam z ekipą Gubernija Niżny Nowogród, tej która także będzie chciała zapukać w przyszłym sezonie do bram Ligi Mistrzów.

 

środa, 12 lutego 2014

Niesmak czuje ogromny po drugim odcinku europejskiego serialu, w którym główne role zagrali nasi dwaj polscy aktorzy. Nie chodzi o fakt że z dalszej rywalizacji odpada mistrz kraju. Chodzi o samą jakość tego dwu meczu. O temperaturę, która miała wzrastać z każdą piłką i każdą akcją, a okazało się że im dalej w las tym... zimniej. Liczyłem na spektakl pozostający głęboko w pamięci, na spotkanie które z racji miejsca rozgrywania, będzie tworzyć wspaniałą siatkarską historię. Tymczasem dla rzeszowian byłoby chyba lepiej aby oba spotkania rozegrane zostały w Jastrzębiu. Kapitalni kibice Sovii (brawa za oprawę meczu) nie zasłużyli na oglądanie takiego pożegnania z europejską bajką, w tak zaskakująco kiepskim stylu. W końcu przyzwyczajeni zostali do zdecydowanie wyższego poziomu w siatkarskim fachu. Podopiecznych Kowala nie tłumaczy absencja "Igły" z "Konarem". Nie ma co ukrywać że przyjęcie nie było najsłabszym elementem, ani tego że drugi z atakujących Asseco, jest słabszy od niemieckiego bombardiera. Rzeszów co prawda zrobił krok do przodu na kontynencie ale słabą grą z kolegą z jednego podwórka, nie potwierdził swoich wysokich aspiracji do gry na tym polu. W jakimś sensie pokonanie ekipy z Roeselare, zostało zacienione poprzez słaby mecz z Jastrzębskim. Co innego gdyby zamiast polskiej drużyny na Podpromie, zjechałaby jakaś włoska formacja. Wówczas upadek nie bolałby tak mocno.

Z kolei dobra gra Kubiaka i spółki, pozwala z optymizmem patrzeć w przyszłość. Im ten awans należał się bezdyskusyjnie. Jeśli spojrzymy nieco wstecz i przypomnimy sobie kosmiczny mecz z Halkbankiem, czego skutkiem było wygranie całej grupy, ujrzymy drużynę kompletną. Drużynę grającą nie tyle siłowo co doskonale technicznie, co może być jej sporym atutem w marcowym turnieju. Takie stanowisko można odnieść do tego co już widzieliśmy. Z drugiej strony najcięższą przeprawą, w tej drabince, miała być konfrontacja z Resovią. Skoro tak się nie stało, ciężko powiedzieć w którym miejscu jest tak naprawdę Jastrzębski i jak zachowa się na polu przeznaczonym tylko dla wąskiego grona drużyn z Europy.

Już dziś wiemy że najprawdopodobniej będziemy mieć powtórkę z rozrywki, a więc w pierwszym półfinałowym starciu przyjdzie nam zagrać z ekipą Stojczewa. "Rozebranie" kolejnych dwóch rosyjsko włoskich par, pretendujących o bilet do Ankary, to już jednak temat na inny wpis.

czwartek, 06 lutego 2014

Długo wyczekiwany siatkarski spektakl z udziałem dwóch naszych krajowych zespołów okazał się, wbrew przed meczowym zapowiedziom, mało pasjonującym pojedynkiem. Używając terminologii piłkarskiej, był to mecz do jednej bramki. Resovia nie tylko nie poprawiła niekorzystnego bilansu wygranych setów (2), w nowej hali "górników", ale dała pokaz skrajnej nieumiejętności w spotkaniu o wysoką stawkę. Naturalnie można wierzyć w Jej odmianę w rewanżu, można snuć teorie o przemianie rzeszowskiej ekipy w zespół walczaków o każdą piłkę, którzy ostatecznie awansują za pomocą złotego seta. Sęk w tym że na takie wpadki jak ta z Jastrzębia, nie będzie można sobie pozwolić w tureckim graniu. Oczywiste jeśli uda się tam pojechać. Na razie w Ankarze jedną nogą jest zespół Bernardiego i to jemu do końcowego sukcesu potrzebne są dwa sety. Albo wygrana w złotej partii, choć dobrze wiemy że taki set rządzi się swoimi prawami. Do niego zresztą w obecnej sytuacji, naprawdę daleko. Jastrzębianie są na fali, do gry "na bombie" wrócił Michał Łasko, któremu tak przeciętnie szło w rewanżu z Tours. Teraz jednak pokazał się ze strony, z jakiej pamiętaliśmy Go z czasów sprzed kontuzji. W tym pierwszym polsko-polskim pojedynku mieliśmy również sytuacje, o której jeszcze jakiś czas temu mówiło się że w siatkówce jest ona daleka do zaistnienia. Zaogniona chwilowa wymiana zdań pomiędzy Michałem Kubiakiem a Peterem Veresem, nie jest dobrą wizytówką obu graczy. Telewizyjny przekaz nie kłamie. W rzucie mięsem polski przyjmujący jest naprawdę dobry. Na obronę Michała należy jednak dodać że oprócz znajomości "kwiecistego" języka, ma też ogromne umiejętności w tym sporcie, co czyni Go mimo wszystko, bohaterem pozytywnym. Rzadko się jednak zdarza że oprócz słownych wykwitów, siatkarz potrafi obronić swoją impulsywność, ponadprzeciętnymi umiejętnościami. Kubiak jest wyjątkiem od tej reguły. Powstały konflikt nie narodził się jednak w środowym starciu. Już podczas spotkań Plus Ligi coś "iskrzyło" między dwoma przyjmującymi. Niewykluczone że do kolejnych strać dochodzić będzie w Rzeszowie i nie ma co ukrywać że większość z nas, oczekuje właśnie takiego dodatku do dania głównego.

niedziela, 02 lutego 2014

Poznając przeciwników w tegorocznych Mistrzostwach Świata, siatkarska Polska odpowiedziała olbrzymim optymizmem co do szczęśliwego losowania. Już patrzymy na kolejną rundę turnieju, już myślimy jak pokonać Francję, Włochy (a może Iran?) w następnej fazie, zupełnie tak jakbyśmy już tam byli. Do naszej polskiej grupy, dostanie się jeszcze jedna drużyna z Afryki i wiemy że będzie to rywal który zajmie trzecią pozycję w tamtejszych eliminacjach. W tym temacie również niema obaw. Polacy są na tyle silni że pokonają Go z pewnością bez problemów. Otóż moim zdaniem sytuacja nie wygląda wcale tak kolorowo. Kiedy jakiś czas temu wiedzieliśmy już o tym że przyjdzie nam zagrać z Serbią i Argentyną, w spokoju oczekiwaliśmy na kolejne drużyny. W momencie gdy los przydzielił nam Australię, Wenezuelę i "kogoś" z Afryki, zaczeliśmy świętowanie. Pytanie z czego tu się cieszyć? Z tego że już na pierwszym etapie mistrzostw udało się ominąć "Trójkolorowych" i że odroczone spotkanie prawdopodobnie i tak będzie miało miejsce tyle że nieco później? Nie zdajemy sobie sprawy z faktu że wspomniana Serbia czy Argentyna są naprawdę solidnymi ekipami, które w starciu z naszą Reprezentacją nie mają niczego do stracenia. To na nas, uwagę skupiać będzie cały świat a z doświadczenia wiemy jak radzimy sobie w takich sytuacjach. Weźmy na tapetę Australię. Drużynę z którą na szczęście przegraliśmy na Igrzyskach Olimpijskich. To paradoks który zaistniał w chwili kiedy okazało się że właśnie z Nią będziemy walczyć w grupie. Obyśmy z permanentną dokładnością przypomnieli sobie ten mecz, który w tamtej chwili miał być dla nas gierką treningową a okazał się próbą nie do przebrnięcia. Nikt dzisiaj nie powinien sądzić że nic dwa razy się nie zdarza. Po tamtym dramacie każdy scenariusz jest możliwy do zrealizowania, w tym ten najczarniejszy. Spoglądam na anonimową, patrząc po nazwiskach drużynę Wenezueli. Z gry podobna jest zupełnie do nikogo ale dobrze wiemy że im mniej wiadomo o oponencie, tym trudniej się z nim walczy. CAVB 3, czyli krajami które walczą o to aby znaleźć się w naszej grupie są Tunezja, Egipt, Kamerun, Maroko, Algieria, RPA, Nigeria, Libia. Każdy z nich może błysnąć tak jak dokonał tego mocniejszy z sezonu na sezon Iran. Prowadzony przez legendarnego szkoleniowca Julio Velasco, pokonał w Lidze Światowej Włochów i napędził stracha samej Serbii, ostatecznie zajmując dziewiątą pozycję we wspomnianej imprezie. Polska była jedenasta. Celowo podałem przykład Irańczyków, bo w zasadzie każda z ekip w naszej grupie może nagle zacząć grać tak jak oni. Któryś z siatkarskich ekspertów trafnie uznał że: "W Mistrzostwach Świata niema słabych zespołów". Pamiętajmy o tym, abyśmy jako gospodarze niezbyt szybko skończyli tę zabawę. W końcu naszym celem jest chyba zdobycie medalu, a nie przedłużanie życia o kolejną rundę.

Tagi