RSS
sobota, 28 grudnia 2013

W swoim sobotnim artykule w GW, Przemysław Iwańczyk podsumował bieżący rok w siatkówce. "Polska siatkówka kłania się światu", ukazał się w dodatku sportowym "Wydarzenia 2013". Redaktor Wyborczej opisał całość mieszcząc się w niecałych dwóch łamach. Czy wydarzenia w tej dyscyplinie z całego mijającego roku, zasługują tylko na niecałe pół strony tekstu? Czy faktycznie w tym sporcie działo się tak mało, czy tak niewiele przykuło uwagę dziennikarzy sportowych jednej z największych gazet w kraju?

Nie wydaje mi się. Co więcej, uważam że można było napisać zdecydowanie więcej niż np. w latach poprzednich. Nie koniecznie były to pozytywne zdarzenia ale właśnie dzięki nim opisanie stanu w jakim znajduje się nasza polska siatkówka, ukazałoby prawdziwy obraz w tym sporcie. Mam wrażenie że najłatwiej pisać o ochach i achach gdy jest wspaniale. Dużo gorzej jest w tej ciężko na nas spadającej rzeczywistości. Pan Przemek Iwańczyk (którego osobiście bardzo cenię i lubię), zadaje w swym artykule kilka kluczowych pytań. P.I: "Jak to możliwe, by z 14 spotkań w Lidze Światowej i M.E. nasi przegrali aż osiem?" i "Co się stało, że schodzili z boiska pokonani w 60 proc. wszystkich oficjalnych meczów?" Sądzę że niechlubne statystyki były wynikiem ogólnonarodowego święta które trwając w najlepsze przed i w trakcie ważnych imprez, nie pomogło naszym zawodnikom, tylko zdusiło w nich chęć swobodnej gry na własnych arenach. Podczas gdy tyle razy słyszeliśmy o istotnie ważnym "siódmym zawodniku", ostatecznie stał się on dla siatkarzy świadkiem smutnych okoliczności w jakich przyszło grać. Tak, zgadza się, to poniekąd kibice przyczynili się do klęski na boisku. Zbyt długo się cieszymy (powtarzam się z poprzedniego wpisu) i zbyt wiele oczekujemy naraz. Chcielibyśmy aby nasi wygrywali zawsze i wszędzie i nie dopuszczamy nawet myśli o ewentualnej wpadce. Matematyka odgrywa u nas silną rolę w przewidywaniu wyników. Przecież skoro zwyciężyliśmy z tym i tym to tamtego pokonamy choćby trzecim składem. Jesteśmy do tego niepoprawnym optymistą. Kalkulujemy że lepiej opłaca się przegrać aby trafić na niby słabszy zespół a w efekcie tracimy wszystko. Gubi nas ta wiara w cuda. W to że jak raz mieliśmy więcej szczęścia na jakiejś imprezie i udało nam się pokonać dajmy na to Rosję to przecież taki wynik można spokojnie powtórzyć. Polski siatkarz musi mieć komfort psychiczny. Musi startować w roli przeciętniaka a nie faworyta. Samymi umiejętnościami nie zdobywa się medali. Polska nigdy nie będzie drugą Brazylią, której nierzadko sama gra w siatkówkę przychodzi z wrodzoną łatwością i spokojem grabarza. P.I.: "Gdzie te gromady świetnie wyszkolonych zawodników, którzy na fali pierwszego wielkiego sukcesu, jakim było zdobycie w 2006 roku wicemistrzostwa świata, miały zawojować kadrę"? Gdy okazało się że na M.E. zabraknie Bartmana z Ignaczakiem, wszyscy robili wielkie oczy. Jak to jedni z najlepszych i nie grają? A prawda jest taka że wraz z sukcesami jakimi były wspomniane M.Ś., złoto M.E. itd. powinny w Polsce powstawać szkółki siatkarskie które co jakiś czas wpuszczałyby do kadry po kilku takich Bartmanów. Nie można liczyć tylko na same kluby w PLS. Nie wiem na ile to realne ale zaplecze naszej pierwszej Reprezentacji powinno czuć na plecach napór kolejnej, głodnej sukcesów drugiej, a może i trzeciej drużyny. Tak jak pokazali się na Uniwersjadzie w Kazaniu podopieczni Radosława Panasa. Coś w ten deseń. (Swoją drogą ani słowa o tym w tekście P.I.) A my liczymy że receptą na przyszłoroczne mistrzostwa będzie powrót przyblakłej już nieco gwiazdy w osobie Mariusza Wlazłego, charyzmatycznego Plińskiego i walczaka Ignaczaka. Znów bazować będziemy na znanych nam schematach, bo czasu na narodziny nowych ikon zwyczajnie jest za mało. Został zmarnowany na rozdrabnianie myśli "dlaczego znów nam nie idzie". Zastanawia się Pan Przemek: "Czy bezpowrotnie minęły chwile, kiedy bali się nas wszyscy, czy może Polacy spróbują jeszcze raz dorównać Brazylii i Rosji?" Powiem tak, próbować oczywiście będziemy i bez walki, której tak na marginesie w mijającym roku było zdecydowanie za mało jak na starcia z tymi najlepszymi, spotkania ot tak oddać nie powinniśmy. Myślę jednak że mimo wszystko najlepsze czasy mamy już za sobą. Zdobyliśmy co było do zdobycia. Gdzieś tam na pewno pojawia się myśl że tamte zwycięstwa zostały już dawno przez kibiców strawione i że wygłodniali, znów będą oczekiwać na medal. Niech będzie w kolorze brązowym. Podyktowane jest to bardziej faktem że gramy u siebie ale ta biało-czerwona fala, choć pojawiająca się z ogromną siłą, może nie wystarczyć. Z drugiej strony chciałbym się mylić co do swoich przemyśleń. Skoro przy Anastasim śpiewaliśmy "Marsz, marsz Dąbrowski z ziemi włoskiej do Polski" to przy Antidze donioślejsze musi być: "Dał nam przykład Bonaparte jak zwyciężać mamy" Na razie ciężko na odpowiedź, jaki to będzie przykład francuskiego duetu.

Całość nie zmienia jednak faktu że we wspomnianym podsumowaniu w GW, jest więcej o piłce kopanej (przeważnie europejskiej) z Borussią i Bayernem na czele, o tenisie i o skokach narciarskich, a o siatce redaguje się zdecydowanie za mało. W mijającym roku mieliśmy w Final Four Ligi Mistrzów naszego przedstawiciela ale w końcu czwarte miejsce to przecież za mało aby wspomnieć o tym w podsumowaniu. Czuję że nawet gdyby nasi siatkarscy rodacy grający za granicą, załatwili czterema asami w decydującej partii, walczaków z Kazania czy Piacenzy w europejskich pucharach, to i tak nie przebiją swoją popularnością tego który zatrzymał Real, wbijając mu cztery gole. A szkoda. Polska siatkówka zasługuje na to aby pisać o niej dużo, dużo więcej i to nie tylko w wydaniu Reprezentacyjnym.

 

 

czwartek, 19 grudnia 2013

Specjalnie nie rozpisywałem się do tej pory o grze Jastrzębian w rozgrywkach Ligi Mistrzów. W tym sezonie czekałem na to ostatnie spotkanie w grupie, które miało dać odpowiedź czy drużyna Bernardiego potrafi raz jeszcze postawić się wielkoludom z reszty Świata. Wiadomo było że Jastrzębski wejdzie do drugiej rundy, a na Śląsk przyjeżdża kserokopia Trentino Volley z ubiegłego roku. No może pewna jej cześć z podstawową czwórką zawodników z włoskiej Serie A. Worek z pieniędzmi powędrował do Turcji a konkretnie do Ankary gdzie tamtejszy HalkBank stworzył naprędce zespół który może konkurować z najlepszymi na świecie. Wystarczy tak jak wspomniałem ściągnąć do siebie najlepszych zawodników, najlepiej z jednego klubu, znających się doskonale i przepis na sukces niemal pewny. Na razie HalkBank miał wygrać swoją grupę i przed ostatnią walką z Jastrżębskim nie zapowiadało się że coś może odmienić ten stan. Po cichu liczyłem na zwycięstwo "górników" ale to co wydarzyło się tego wieczoru przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Jastrżębianie pokazali w tym spotkaniu nieprawdopodobną chęć do gry i do walki o ostatnią piłkę. Podjęli rękawice z siatkarskimi wyjadaczami i zawodnikami którzy wygrywanie mają wypisane na twarzy i każdy kto próbuje stworzyć zamęt w ich głowach, musi się liczyć na starcie o każdy metr boiska. A może Kazijski i spółka zapomnieli już co znaczy "doznać porażki"? W końcu w kraju konkurencja żadna a i w Lidze Mistrzów idzie im na razie jak po maśle. To znaczy szło. Czas przeszły jest w tym momencie obowiązkowy. Do wczorajszego wieczoru wszystko było OK ale polska drużyna wymusiła swoją grą zmiany na spokojnych twarzach podopiecznych Stojczewa. Nawet wtedy gdy wydawało się że po przegranym przez Jastrzębski, trzecim secie (37:39)! ciężko się będzie podnieść i znów mozolnie zacząć budowę wyniku, to siła charakteru wśród gospodarzy była tego dnia na tyle ogromna że doprowadzili do piątej partii a w niej do minimalnego ale jednak zwycięstwa. Tak, wiem że w ostatniej piłce meczu Osmany Juantorema prawidłowo umieścił piłkę w boisku i spotkanie powinno toczyć się dalej, jednak główny arbiter zgodził się z sygnalizacją sędziego liniowego i "kupił" jego wersje o piłce autowej. W ten oto sposób ostateczny smak zwycięstwa, został nieco popsuty ale polski klubu na przełomie tych fantastycznych pięciu odsłon udowodnił że stać go w pełni nawet na walkę o Final Four. Najpierw jednak przyjdzie mu się zmierzyć, w pierwszej rundzie Play-off z francuskim Tours VB.

Przegrać w tie-break'u to nie wstyd. Zwłaszcza w Lidze Mistrzów i to na boisku przeciwnika. Czy aby na pewno? Zaksa po ubiegłotygodniowej wpadce potwierdziła smutny fakt że w tym sezonie gra w pucharach, wybitnie jej nie siedzi. A wczoraj zaczęło się tak spokojnie i niewinnie i wydawało się że pewne trzy punkty trafią do Kędzierzyna. (Wówczas jak się później okazało, awans byłby zapewniony) Niestety, ta niby minimalna porażka ukazuje ogromną słabość polskiego zespołu na arenie międzynarodowej. Galatasaray Stambuł należy przecież do siatkarskiej trzeciej ligi. To nie on prowadził dzisiaj grę i to nie on wygrał, choć po końcowym gwizdku gospodarze cieszyli się jak z mistrzostwa świata. To Zaksa przegrała. Uległa nie tylko tureckiej drużynie ale również swoim słabościom, uwidaczniając tym samym brak jakiegokolwiek pomysłu aby przełamać tą niekorzystną passę. A okazja ku temu była wyborna. Kibice w Stambule dopisali w znacznej ilość i było ich około... 10. Ochroniarze stanowili większość z nich. To dobitnie pokazuje jakie poważanie ma tutejszy zespół. Sprzyjało nam więc naprawdę wiele ale widocznie zbyt mało aby wygrać ten mecz i potwierdzić że nie jest tak źle jak to wygląda. Ma nad czym myśleć Sebastian Świderski. Na razie jego Zaksa zrobiła krok wstecz. Oby tylko jeden.

Nasz Mistrz Polski z kolei musiał pokonać francuskie Paris Volley we własnej hali. Zadanie zostało wykonane ale styl w jakim grają rzeszowianie w Lidze Mistrzów jest daleki od doskonałości. Resovia miała przeciętną grupę a dała się dwukrotnie ograć przeciętniakom z Budvanskiej Riviery. Szczególnie boli styl w jakich oddała drugie spotkanie ze wspomnianym przeciwnikiem. Praktycznie bez walki, tak jakby pewna swego, myślami była już w playoffach. A tutaj czeka nie byle kto bo będą to byli oponenci i pogromcy Zaksy z fazy grupowej, belgijski Knack Roeselare. Nie może być mowy o jakiś potknięciach jeśli chce się zajść dalej. Naturalnie można powiedzieć że progres już został spełniony. Samo wyjście z grupy było pierwszym z celów ale nie sądzę że to zadowala podopiecznych Andrzeja Kowala. Jest trochę czasu na to aby ponownie odnaleźć tą stałość w swojej grze, tą ciągłość w zdobywaniu punktów. Przecież w kraju Resovia słynie właśnie z tego że w tych elementach potrafi być mocna.

Podsumowując fazę zasadniczą i awans naszych dwóch zespołów, nie można być niezadowolonym. Jeszcze kilka lat temu taką sytuacje bralibyśmy w ciemno. Polacy mają jednak to do siebie że kiedy coś wygrywają, spełniają jakiś pierwszy z celów, to bardzo szybko wpadamy w euforie. Cieszymy się zbyt długo i zbyt bezmyślnie, określając wszystkich innych jako słabeuszy i przeciętniaków - w końcu to my jesteśmy najlepsi, przecież zajeliśmy pierwsze miejsca. Pamiętajmy jednak że to dopiero początek wielkiej siatkówki w Lidze Mistrzów. Oby czas na prawdziwą radość jeszcze nadszedł.

środa, 11 grudnia 2013

W zeszłym sezonie pojechali do zimnej Rosji w wyborowym towarzystwie trzech najlepszych drużyn na kontynencie. Byli takim przysłowiowym czarnym koniem, który pojechał po lekcje gry na wysokim poziomie ale chciał też choć trochę namieszać w europejskiej czołówce. Powrót z czwartą lokatą wstydu nie przyniósł a w tym sezonie podopieczni Sebastiana Świderskiego liczyli na magiczną powtórkę z marca tego roku. Dziś już wiemy że wyjście z grupy Ligi Mistrzów, okazać się może przeszkodą nie do pokonania. Punktów w ostatecznym rozrachunku będzie za mało. Należy podkreślić że oprócz Belgów z Roeselare, Niemcy i Turcy byli z pewnością w zasięgu Zaksy. Przed sezonowe personalne zmiany nie wyszły na dobre zespołowi, który został bardziej "spolszczony". Z obecnych obcokrajowców w klubie (Gladyr, Kooy, Lewis) żaden z nich nie prezentował formy pozwalającej zaistnieć nieco dłużej w Champions League. Za to Dustinowi Schneiderowi ciężko przebić się do rozgrywania piłek skoro ma się za konkurencje Pilarza z Zagumnym. Zatem ponownie zderzamy się z faktem że to co dobrze funkcjonuje w kraju, niema odzwierciedlenia w pucharach. Brakowało nie tylko siły na boisku ale też trochę skutecznej organizacji ze strony trenera. Z drugiej strony ciężko oceniać rolę "Świdra". To jego pierwsze starcie w pucharach jako szkoleniowca. Znakomity niegdyś przyjmujący, wciąż pracuje nad własnym stylem zarządzania. Na oceny jego wyników, jeszcze przyjdzie czas. Jednego kędzierzynianom odmówić nie można. Walki. W dzisiejszym spotkaniu z VFB Frierdrischafen stracili cenny punkt, wygrywając dopiero w tie-break'u ale wiemy że równie dobrze mogło się skończyć na czterech setach i trzech oczkach dla Niemców. Nie można pominąć faktu że kluczowy drugi set w którym roztrwonione zostało prowadzenie 23:21, był największą stratą w tym spotkaniu. W tym momencie "gdybaniom" mogłoby nie być końca. Wszystko ostatecznie rozstrzygnie się za tydzień.

Tagi