RSS
poniedziałek, 29 grudnia 2014

W zasadzie cały wpis powinien mieć barwy biało-czerwone i na tym moglibyśmy zakończyć. Ten rok, a zwłaszcza jego druga część należała bezapelacyjnie do naszych złotych reprezentantów, do kolektywu który w niespełna kilka miesięcy, a następnie w nieco ponad trzy tygodnie, został najlepszym na świecie. Wymarzyliśmy sobie takie mistrzostwa. Perfekcyjnie przygotowany turniej, rzesze rodzimych fanów i wreszcie magiczna gra Polaków dały razem mieszankę której sami się nie spodziewaliśmy, a której byliśmy czynnymi twórcami. Można powiedzieć że światowa siatkówka po czterdziestu latach powróciła do swojego najcieplejszego i najmilszego domu. To był z pewnością "come back" najwyższych lotów. Pewnie wielu z nas odczuwało swoisty komfort i podwójną satysfakcję z tego że udało się ograć w tzw. grupie śmierci i Rosję i Brazylię. To już nie był pojedynczy wyskok rodem z Ligi Światowej, tylko dwie smakowite pieczenie na jednym ruszcie. A jeszcze przed tymi dwoma pojedynkami słyszałem głosy tych którzy odważnie twierdzili że to "koniec marzeń" i droga do jakiegokolwiek medalu wyraźnie się wydłużyła o ile w ogóle jeszcze istniała. To potwierdziło pewien sondaż przeprowadzony w jednym z portali tuż przed rozpoczęciem imprezy: Jak zaprezentuje się drużyna Antigi na M.Ś.? a) zdobędzie złoto b) zdobędzie medal c) nie wyjdzie z grupy d) wyjdzie z grupy i odpadnie w drugiej rundzie. Najwyższą ilość kliknięć miała odpowiedź d). Mnie osobiście ucieszył ten fakt że przestaliśmy się zachłystywać jednorazówkami. Tak jak na mecze z Canarinhos i Sborną, tak wyszliśmy na spotkanie z Niemcami i choć w tym półfinale los nam sprzyjał, to w tyle głowy połyskiwało trochę niepewności, czy damy radę psychicznie, czy nie złamią nas w najgorszym momencie. Nie. Na chwilę więc pojawiliśmy się w Japonii, tam gdzie sześć lat temu Raul Lozano dał nam złote srebro i tchnął w nas ducha do dalszej walki o najwyższe cele. Tamten medal braliśmy w ciemno. W kraju apetyty były o wiele bardziej rozbudzone ale przecież doskonale wiedzieliśmy że i tak powtórka z Azji jest już sporym sukcesem. Okazało się że możemy świętować bodaj największy sportowy triumf we współczesnej siatkarskiej historii. Czy widzieliście wtedy miny samych Brazylijczyków? Wyglądali jak chłopcy którym odebrano ulubioną zabawkę którą bawili się przez ostatnie dwanaście lat i której ponownego otrzymania byli zupełnie pewni. Zdumieni i niedowierzający że ugrali tylko srebro. Srebro które w ich wydaniu niema żadnego smaku, żadnej wartości. Zupełnie tak jakby wygrawerowane były na nim słowa: Porażka. Szybko zniknęli w startującym właśnie katowickim Spodku. Ich błękit był kroplą w morzu polskich fanów. To oczywiście nie całkowita detronizacja brazylijskiej siatkówki ale początek nowej legendy, naszej pieśni o małym rycerzu i na nowo odczytywanych w niej słowach.

W siatkarskim podsumowaniu nie można pominąć również naszych klubowych występów. Pałeczkę po naprawdę solidnej grze kędzierzyńskiej Zaksy w Lidze Mistrzów z roku ubiegłego, przejął Jastrzębski Węgiel, który z dumą uplasował się w tych rozgrywkach na trzeciej lokacie, pokonując w decydującym spotkaniu rosyjskiego molocha, zespół Zenitu Kazań. Po tym meczu Rosjanie dopisali do swej nieprzerwanej czteroletniej passy najgorsze z możliwych miejsc w Final Four. Podczas ostatnich trzech edycji, w decydujących spotkaniach trafiali na polskie zespoły. I Skra Bełchatów w meczu o pierwsze miejsce i Zaksa Kędzierzyn (mecz o trzecią lokatę) nie były w stanie pobić podopiecznych Alekny. Dopiero skuteczna gra Jastrzębian przełamała niekorzystny bilans polskich teamów, dokonując tego w kapitalnym stylu. Nasza gra na europejskiej scenie nabiera od kilku lat mocno intensywnych kolorów. Już nie liczymy tylko na wyjście z grupy, celem jest pojawienie się w najlepszej czwórce kontynentu. Dzięki temu od razu możemy zwrócić uwagę na oczy zachodnich działaczy. Michał Kubiak i Marcin Możdżonek są tego najnowszym przykładem. Nieco wcześniej, śladem Sebiastiana Świderskiego do włoskiej Maceraty podążył Bartosz Kurek. Zwróćmy jeszcze uwagę na jedną kwestię. Coraz częściej w naszym kraju pojawiają się zagraniczni szkoleniowcy. To jest ta wartość dodana, o której marzyli jeszcze kilkanaście lat temu nasi rodzimi zawodnicy, czerpiąc garściami wiedzę w zachodnich klubach. Lorenzo Bernardii - Roberto Piazza wymiana we wspomnianym Jastrzębskim, to jak przedłużenie produkcji dobrego siatkarskiego egzemplarza. Miguel Falasca wprowadził Skrę Bełchatów na jej właściwe tory i nie zwalnia tempa po zdobyciu krajowego mistrzostwa. Marzy Mu się teraz "jedynka" w europejskich rozgrywkach. Andrea Anastasi po przygodzie z Kadrą, wyciągnął Gdańsk z roli rodzimego przeciętniaka. Jego umiejętne prowadzenie zespołu może mieć nieoczekiwany w kraju obrót. Na razie Włoch liczy na osiągnięcie podium w Plus Lidze. Wygląda na to że głodny sukcesów jest też olsztyński AZS, który idąc tym tropem zatrudnił byłego drugiego selekcjonera naszej kadry Andree Gardiniego. Z ciekawością obserwuję natomiast powrót na siatkarskie parkiety naszych byłych reprezentantów w roli świeżych trenerów. O ile wspomniany Sebastian Świderski, Jakub Bednaruk czy Damian Dacewicz, mogą się już pochwalić pewną budową swojego CV w tym fachu, to po cichu kibicuje tym którzy od niedawna rozpoczęli swą nową przygodę. Mowa o Piotrku Gruszce, Andrzeju Stelmachu czy zupełnym nowicjuszu i jednym z najmłodszych na tym stanowisku Michale Bąkiewiczu.

Zgodzę się z opinią Wojciecha Kuczoka z poniedziałkowego wydania GW, że ten doskonały 2014 rok w polskim sporcie, mógłby mieć jeszcze kilka miesięcy. Siatkarze zdobyli w nim więcej niż od nich oczekiwano, dając tym samym chyba największą radość (no może obok piłkarzy) szaremu człowiekowi który będąc zwykłym kibicem, przetransferowany został na dłuższą chwilę do zupełnie innej krainy. Krainy pełnej nieskrępowanej radości, w której ta szarość dnia zanika pod biało czerwoną barwą.

 

 

Tagi