RSS
wtorek, 26 marca 2013

Znamy pierwszego finalistę rozgrywek Plus Ligi. Jeszcze obecny Mistrz Polski po widocznych perturbacjach i nie zawsze dobrej grze, chyba może odetchnąć z ulgą. Powtórzenie podium sprzed roku, w tak wyrównanej jak na bieżący sezon lidze jest już niewątpliwym sukcesem. Oczywiście brakuje jeszcze tej ostatniej wisienki na torcie, tego ostatniego podejścia ale wyzwolenia niemałych pokładów sił aby obronić wywalczone przed rokiem trofeum. Obserwując grę Rzeszowian na przełomie całego sezonu, można odnieść wrażenie jakoby ich stabilna forma, realizacja małych acz znacznych kroczków, była dopiero preludium do decydującego otwarcia. W rundzie zasadniczej nie byli stawiani często w roli faworytów. Może to i dobrze dla całej psychiki drużyny. Nie spinali się na poszczególne mecze z etykietką „mistrzów”, grali z pewną siebie swobodą choć zakończyli rundę zasadniczą gdzieś w środku tabeli. Ich oba starcia w Play offach, swoją dramaturgią przerosły chyba wszystkie poprzednie spotkania z bieżącego sezonu. Decydujące akcje były sycącą, dynamiczną gęstością bardzo wielu różnych zdarzeń, wtłoczonych nierzadko w jednej chwili i w jednym miejscu. Pokonanie w pięciu odsłonach, słabnącej ale wciąż niebezpiecznej Skry stworzyło na nowo rzeszowski zespół. Asseco urosła w kosmiczną siłę którą zaczęła prezentować także w meczu z Delectą. Pokonywanie wymienionych oponentów, odbywało się w ciekawym stylu. Oczywiście nie obyło się bez problemów, w tych potyczkach pojawiały się także błędy. Mimo to grano konsekwentnie, powoli (jak trzeba to i w pięciu setach i pięciu meczach) byle do celu. Przyniosło to zamierzony efekt.

Po zdobyciu Mistrzostwa Polski w 2012 roku, zastanawiałem się, jak zmiany kadrowe, będą miały wpływ na grę w Lidze Mistrzów. Co prawda Rzeszów w sezonie 2011/2012, przetarł sobie poniekąd szlak w Europie. Puchar CEV to jednak nie ta sama półka co najważniejsze trofeum na kontynencie. Niemiecka wymiana w ataku raczej nie zakleiła sporej luki na tej pozycji. Miało się wrażenie że ani Schops ani nasz reprezentacyjny ciężki Charakter nie prezentują choćby podobnego poziomu. Wraz z odejściem Grozera z Resovii, zgasła także moc zagrywki w tym zespole. Kiedy zagrywał Gyorgi, przyjmujący zakładali ochraniacze na przedramiona.

Okazało się że na grę w Plus Lidze siła atakujących jeszcze wystarcza. Gorzej w Europie. Można narzekać na słabą formę Rzeszowa, zwłaszcza w konfrontacjach z włoskimi klubami. Tym bardziej że szanse na pokonanie, choćby raz wielkiej Maceraty były naprawdę spore, a ukąszenie swoistej siatkarskiej Barcelony, mogło być przecież drogą ku jej całkowitej destabilizacji. Z wcześniejszych dwóch grupowych porażek z późniejszym ścisłym finalistą rozgrywek (Cuneo), nie zostały wyciągnięte odpowiednie wnioski. Faktem jest że czasu na ich analizę i naukę było niewiele. Po jednym tornadzie, przyszło następne które z impetem wyrzuciło Resovię poza czołową szóstkę L.M. W tym momencie nagle zauważono swoje miejsce w Europie. W grze z przeciętnymi zespołami jakoś tam idzie. Schody pojawiają się w momencie spotkania z jedną z lepszych lig na świecie. Tutaj już wówczas niema nic do powiedzenia i trzeba przyznać że po turnieju w Omsku, ta zasada tyczy się nie tylko samej Resovii.

Szansa na obronę tytułu na Podkarpaciu jest chyba nawet większa niż przed rokiem. Zeszłoroczna euforia po pokonaniu monopolisty na krajowym podwórku jest już historią ale w pamięci pozostają obrazki z tego wydarzenia i z pewnością każdy kto mierzy się z Asseco, musi mieć tą świadomość; Oto Ci co zrzucili z piedestału tych co byli do niego przyspawani. Teraz kolej na utrzymanie tytułu. A później kto wie, może na kolejne odnajdywanie swojego miejsca na kontynencie.



piątek, 22 marca 2013

Kilka lat temu grał w jednym z lepszych włoskich klubów z kolegą z Reprezentacji. Wydawało się że do Kraju wróci nieprędko. Obok takich tuzów jak Juantorema czy Kazijski, miał swoje miejsce w pierwszej szóstce. A jednak los sprawił że opuścił Trentino. Kilka lat w Italii jednak zrobiło swoje. Jego potencjał po przyjeździe do kraju zdecydowanie poszedł w górę. W drużynie narodowej zabraknąć Go nie mogło. Do dziś jest w niej filarem, kimś kogo nie omijają liczne kontuzje ale w gdy jest formie, sam potrafi przesądzić o końcowym wyniku. Michał Winiarski, człowiek który przedłużył szanse w horrorze z Zenitem w finale L.M. o kilka sekund. Zaraz po Jego udanej akcji, serbski arbiter zakończył niesłusznie mecz. Nie widział prawidłowego obicia rąk na blokującym rosyjskim przyjmującym.

Razem z Michałem jest wtedy w drużynie Mariusz Wlazły, grający wówczas jako atakujący. Niegdyś również podpora naszej Kadry ale po tzw. Aferze skarpetkowej, jedyny który nie bał się powiedzieć głośno co „leży Mu na wątrobie” i właściwie podpisujący tym samym na siebie wyrok: „Bezterminowe wykluczenie z Reprezentacji Polski”. Od tej pory oglądany tylko w klubie, a w innych miastach nadzwyczaj „ciepło” witany jako wróg nr.1 wśród kibiców.

O obu wspomnianych zawodnikach znów robi się ostatnio głośno za sprawą ich niewykluczonych transferów. Zarówno jednego jak i drugiego, kuszą tureckie kluby. Sam Arkas Izmir gotów jest pożegnać się ze swoją jedyną nadzieją, Kolumbijczykiem Agamezem, jeśli tylko udałoby się ściągnąć na to miejsce Wlazłego. Podobnie ma się rzecz z Winiarskim. Jego też kuszą włodarze z Izmiru. Oprócz pogromcy Skry w L.M. apetyt na dwóch szlagierowych graczy mają także inne tureckie zespoły.

Zastanawia mnie teraz ruch zarządców w Skrze. Czy znów przemówi do nich zimna kalkulacja o podobnych rozmiarach jak przed rokiem? Czy brak gry w Champions League przełoży się na wyprzedaż swoich największych gwiazd? Oficjalnie mamy na razie zmowę milczenia i trudno się dziwić. Walka o piąte miejsce premiowane grą w pucharach, wciąż trwa. Sądzę jednak że jeśli doszłoby do obu tych transferów to wtedy możemy mówić o początku końca siatkówki w Bełchatowie. Jakkolwiek by szyć, takiej dziury już się nie załata. Błędy sprzed roku zostaną podwojone, a sytuacja z trudnej może się zrobić beznadziejna. Mimo to karty już chyba dawno zostały rozdane. Dawno tzn. po przegranej rywalizacji z Resovią. Zegar zaczął tykać, w ruch poszły kalkulatory i telefony. Jest jeszcze opcja pozostania obu zawodników na miejscu ale pod warunkiem że na swoją nominalną pozycje powróci Wlazły. Manewr z Jego przyjęciem został doszczętnie pogrzebany. Mówi się wręcz o ultimatum stawianym przez siatkarza. Albo atak albo odejście...  . Spekulacji nie brakuje. Im bliżej końca sezonu tym więcej będziemy wiedzieć. Sami siatkarze mają wolną rękę. Dla Winiarskiego to nie nowość znów zawojować Europę. Dla Wlazłego to nowa sytuacja w której może zacząć pisać od początku swoją historię.

 



niedziela, 17 marca 2013

Przy okazji finałowego spotkania w Lidze Mistrzów, przypomniał mi się jeden z jego uczestników, jako chyba największy przegrany z zeszłego roku. Kiedy w lutym 2012, Lokomotiv wygrał u siebie pierwszy mecz z Arkasem Izmir, w dwumeczu decydującym o udziale w Final Four, nie miał z pewnością zielonego pojęcia o tym jak będzie wyglądał rewanż w Izmirze. To wtedy przekonaliśmy się jak bardzo, używając metafory, nowoczesna siatkówka wchodzi z trybun na boisko. Fanatyczni tureccy kibice zrobili wówczas wszystko aby awans uzyskał ich Arkas. Spiker prowadzący mecz podchodził na dwa metry od serwującego przeciwnika, wykrzykując w jego stronę. Sędziowie liniowi byli ślepi na błędy ze strony gospodarzy, podobnie jak arbiter główny tego spotkania, nie chciał widzieć błędów kolegów i swoją osobą dopasował się do tego negatywnego widowiska. Rosjanie wówczas ponieśli porażkę która właściwie nie powinna się zdarzyć, gdyby nie brzydka oprawa tego przedstawienia.

O włoskim team'ie, drugim ze ścisłych finalistów tegorocznej Final Four, można powiedzieć że swój awans do czwórki najlepszych wydarł siłowo po krwiożerczej walce z sąsiadem z Półwyspu Apenińskiego. Macerata stawiana w roli faworytów do ściągnięcia całej puli z L.M., odpadła z impetem po złotym secie (o wprowadzonych w nim zmianach pisze na swoim blogu Jarosław Bińczyk) a także po złotej walce okraszonej niemałą dramaturgią. Doskonała gra siłowa która był wyznacznikiem Zaytsewa i spółki w całej Champions League, istniała aż do drugiej konfrontacji z Cuneo. W końcu i ona się skończyła.

Na uwagę i kilka słów zasługuje z pewnością włoski trener Bre Banci Roberto Piazza, który swoim wyglądem przypomina bardziej zatwardziałego prezesa ogromnej korporacji, niż siatkarskiego szkoleniowca. W time out’ach dla swojego zespołu, potrzebuje przestrzeni wokół siebie. Mówi ruchem, gestem, odpowiednio dobiera słowa, choć ma się wrażenie że słów w tym występie jest niewiele. Należy zrozumieć mowę samego ciała, efektowną mimikę twarzy. Podczas spotkań w Serie A1 nie widziałem Go jeszcze siedzącego. Wciąż spacerujący, wciąż z charakterystycznym spojrzeniem, które jest Jego znakiem rozpoznawczym. Gdy Roberto bierze czas, milkną nawet trybuny w Pala Bre Banca - Palasport di San Rocco Castagnaretta.

W dzisiejszym finałowym spotkaniu, decydującym o zwycięstwie w Champions League żadna z drużyn nawet nie próbowała osiągnąć znacznej przewagi punktowej. To był typowo męski, mocny i silny pojedynek dwóch drużyn które chyba do końca nie wierzyły że znalazły się u szczytu siatkarskiej drogi w Europie. Zarówno ciężka ręka Cvetana Sokołowa, pół środkowego, pół atakującego jak i spryt połączony z siłą i przekonaniem Lukasa Divisa nie mogły zagościć na dłużej niż na jedną akcję. W tym spektaklu brali udział także inni, należało równo rozdysponować siły. Tu nie mogło być szybkie 3:0 dla jednej z ekip. Piąty set który wyłonił mistrza był deserem dla całego spotkania. On po prostu się należał licznej publiczności. Oglądając belgijskiego przyjmującego Wouta Wijsmansa, który poszedł na zagrywkę przy mocno niekorzystnym stanie punktowym, człowiek chciałby wejść w jego głowę. Odgadnąć co decyduje że ten siatkarz ma tak ogromną siłę psychiczną. Czy tylko trening i częsta gra pozwalają Mu na zaserwowanie dwóch idealnych piłek, które sprawiają że przeciwnik niemal zastyga. Co więcej, nie są to mocne serwy ale są idealne jak na ten moment. Wystarczający na chwilowe naciśnięcie pauzy, wśród całego zespołu z Rosji. Szkoda że za chwilę znów ktoś naciska przycisk „play” i jest po meczu. Włoska szkoła przestała wystarczać na dobrze zaprojektowaną tego dnia rosyjską koncepcję.

Lokomotiv Nowosybirsk wpisuje się tym samym do kart historii. Zrzuceniem z piedestału Zenitu Kazań zaczyna prezentować swoją siłę i wartość które z pewnością będą się liczyć przy końcowych rozrachunkach w rosyjskiej Super Lidze. Przez kilka następnych dni zimna Syberia będzie bardzo gorąca.

Podjęcie walki z pierwszą siłą rosyjskiej Super ligi było chyba pierwszym z celów podopiecznych Daniel Castellaniego w dzisiejszym spotkaniu. Brak nerwowości i konsekwencja w działaniu od razu przełożyła się na ich dobrą grę od samego początku. Jak wyglądają rozjuszeni, zdenerwowani rosyjscy zawodnicy mogliśmy obserwować po dwóch partiach tego pojedynku. Przy stanie 1:1, ten miły dla oka obrazek zmąciła nieco lepsza gra Zenitu w trzeciej odsłonie. Strata sześciu punktów od razu ustawiła tego seta i spowodowała że Kędzierzyn zmuszony był gonić rywala, co jednak okazało się misją niewykonalną. Wladimir Alekno po wczorajszym spotkaniu znów odzyskał swój odpowiedni profil, jakby czując że spotkania z Polakami przegrać nie wolno. Jego trafna decyzja ze zmianą Andersona na Bierieżkę, wpisuje się w jego historię odpowiednich ruchów kadrowych. Przyjmujący rosyjski, enfant terrible z zeszłego roku, kiedy piłka po jego bloku zakończyła niesłusznie mecz, zagrał naprawdę kapitalnie. Niestety na tym tle drużyna Zaksy wyglądała mizernie. Nie mieliśmy w odwodzie takich perełek. Chłodna głowa w początkowej fazie tego meczu, ponownie zaczęła nabierać temperatury, a Rosjanie grali swoje. Manifestacja siły i ich wielkości trwała już do końca meczu.

Jechaliśmy do Omska z nadzieją że nie wyjedziemy stąd ostatni. Przez długi czas do tego weekandu żyło się myślą o możliwym pierwszym miejscu w historii Kędzierzyna w Europie. Po porażce z Włochami pozostały niecałe 24 godziny na ekspresową odbudowę drużyny. Rosyjski przeciwnik nie pozwolił na powtórkę sprzed dekady. Czwarta lokata to na razie wszystko na co stać było Zaksę na kontynencie. Optymistyczne jest to że nasz zespół nadal się rozwija, a pobranie nauk od najlepszych powinno mieć swoje przełożenie w przyszłości, także tej europejskiej.



 
1 , 2 , 3
Tagi