RSS
niedziela, 23 marca 2014

Naprędce skonstruowany klub z Turcji, opierający swoją grę na czterech gwiazdach światowego formatu, kontra rosyjski super produkt na miarę siatkówki XXI wieku. Tak w jednym zdaniu scharakteryzować można dwóch głównych aktorów tureckiego finału Ligi Mistrzów. Czekaliśmy na to zderzenie dwóch czołgów w siatkarskim świecie, na ten występ najlepszych z najlepszych. Nie można pominąć w tym momencie obu szkoleniowców finałowego odcinka. Radostin Stojczew jako charyzmatyczny, bezkompromisowy trener, który przez kilka ładnych lat prowadził ekipę Trentino do wielu sukcesów. W tym tych najważniejszych, właśnie w Champions League. Po drugiej stronie Gienadij Szipulin który jest kimś na wzór Alexa Fergusona. Bardziej menadżer niż trener, ucieleśnienie wyważenia i spokoju, przypominający wyglądem księdza Tadeusza Rydzyka. Rosjanie rozpoczęli w swoim stylu, grając jak przystało na tych co do tej pory stracili w tej edycji zaledwie trzy sety! W sumie zgubią ich tylko cztery, stając się tym samym bezkonkurencyjną ekipą w tej statystyce. Zastanawiałem się czym zaskoczy Halkbank w tym finale. Czy wspomniane ikony wspomagane przez kilku Turków dadzą radę wykorzystać atut swojego boiska i przy udziale kipiącej publiczności zdobędą tytuł mistrzów? Nic z tych rzeczy. To się nie mogło powieść przy tak poukładanej grze Biełgorodu. Nawet wtedy, gdy szykowaliśmy się do piątej partii, przy prowadzeniu Ankary 22:18, na zagrywkę wchodzi Sergiej Tietukhin. Przyjmujący który nie oglądając się na swój wiek (prawie 40 lat) zacznie serwować w taki sposób, że mina Stojczewa nabierze wszystkich kolorów tęczy. Wcześniej Szipulin da chwilę odpocząć swoim bombardierom, aby za chwilę przy wyniku 23:23, wpuścić ich z powrotem na boisko. I słusznie, niech chwilę odpoczną, Sergiej zrobi swoje. I pomyśleć że sam szkoleniowiec już zastanawiał się czy nie odesłać swojej gwiazdy na zasłużoną emeryturę. On jest jednak niezniszczalny. Dzisiaj zgarnie jeszcze tytuł MVP całego turnieju. Nawet jego napis na koszulce nie wytrzyma dzisiejszych emocji. - A nic panie kierowniku, tylko mu się nieco "N" oderwało, temu siatkarzowi. Kilkadziesiąt minut wcześniej zobaczyliśmy chwiejącego się przez chwilę Juantoremę. Przyznam szczerze, jednego z moich ulubionych siatkarzy. Po mocnym serwisie Grozera, nie wiedział przez moment gdzie się znajduje. Odebrał ten serwis ale za moment napotkał na wysoką ścianę. To także nie był jego dobry występ. Podobnie zresztą jak nagrodzonego w tym turnieju najlepszego przyjmującego w osobie Mateja Kazijskiego. Uratował dwukrotnie pod sam koniec swój zespół. Przy trzecim razie, był już bezbronny. Naboje się skończyły, a przeciwnik kolejny już raz w tym spotkaniu postawi wysoki, nie do przejścia szczelny mur. O dominacji rosyjskich ekip w europejskim świecie, pisałem już wcześniej. Sięgnijmy nieco dalej wstecz. Dwa lata temu Zenit Kazań, poprzedni sezon Lokomotiv Nowosybirsk. W tej edycji Biełogorie Biełgorod. Pytanie brzmi: Który z rosyjskich zespołów wygra Ligę Mistrzów w przyszłym roku?

W spotkaniu o trzecie miejsce do Ankary z naszego kraju przyjechała zupełnie inna drużyna. To nie była wczorajsza ekipa w potyczce z Halkbankiem. Zobaczyliśmy zespół który doznał nieprawdopodobnej metamorfozy w przeciągu kilkunastu godzin. Co więcej wdaliśmy się w "sprzeczkę" z bardzo groźnym tworem o szerokim polu rażenia. Z akcji na akcję zwykła gra stawała się przedstawieniem dwóch różnych światów. Spokojna wymiana ciosów zaczęła zmieniać się w regularną bitwę. Tym bardziej że daliśmy się Rosjanom zbliżyć do siatki i przez kilka chwil mieliśmy spotkanie rodem z dyscypliny plażowej. Wciągneliśmy Kazań do uliczki bez wyjścia, uzyskując samemu wyjście z tego labiryntu wielu zdarzeń w tym spotkaniu. W pewnym momencie ujrzeliśmy naszych przeciwników mocno przestraszonych, niespodziewających się że polski zespół może im postawić tak trudne warunki. Kiedy okazało się że wystarczy zagrać z nimi punkt za punkt, a cel zostanie zdobyty, emocje sięgnęły Zenitu. Dopadły klub ze wschodu wtedy gdy Jastrzębski był już bardzo blisko podium. To był mecz podopiecznych Bernardiego. Udało się przełamać tą niemoc w konfrontacji z rosyjskimi zespołami. Raz jeszcze należy to powtórzyć: Ani PGE Skra, ani Zaksa Kędzierzyn-Koźle nie osiągnęły tak wiele w europejskiej siatkówce w sferze zdobywania siatkarskiego rzemiosła. Cóż z tego że Bełchatów ugrał drugie miejsce w tej imprezie, skoro nie przeszedł drogi jaką pokonać musiał Jastrzębski. Ta edycja LM to było pasmo wielu dokonań i zdobycie ogromnego doświadczenia, a przede wszystkim pokazanie ekipie z Kazania że nie są nie do pokonania przez polski zespół. Dokładnie tydzień temu, dzisiejsza trzecia drużyna Europy była nad wyraz smutna, ulegając Zaksie w finale Pucharu Polski. Powetowaniem tamtego dnia są obecne chwile. Doskonale wpisują się w tworzenie historii polskiej siatkówki.

sobota, 22 marca 2014

W zasadzie można powiedzieć że mieli wszystko żeby wygrać a ostatecznie zabrakło im wszystkiego. Spotkanie z tureckim Halkbankiem mogło przecież potoczyć się zupełnie w inny sposób. Tym bardziej że nie mieliśmy zbyt wielu różnic punktowych na korzyść przeciwnika. Co więcej, znani gwiazdorzy Kazijski i Juantorema nie zagrali jakiegoś ponad przeciętnego spotkania. Oni po prostu zrobili swoje. Wystarczyło im kilka razy zaskoczyć w zagrywce i ataku, to wystarczyło na dzisiejszego Jastrzębskiego. Wertowanie przeszłości poszło na marne. Kalkulacja dotycząca tego co było, nie miała absolutnie żadnego znaczenia. Po cichu gdzieś tam liczyliśmy na bardziej wyrównaną walkę. Jeśli już na porażkę to w innym stylu, z innym wynikiem niż dość szybkie trzy zero. Momentami miało się wrażenie że graliśmy jakby z zaciągniętym hamulcem, bez pokazania tego czym brylowaliśmy w ostatnim czasie. Brakło nie tylko walki i wiary w sukces ale przede wszystkim tej zaciekłości i zadziorności, iskrzenia pod siatką. Dzisiaj to my pokłoniliśmy się gospodarzom tego turnieju. Pomogliśmy im spełnić kolejny krok w drodze do pierwszego miejsca na podium. Jeżeli jutro Jastrzębski wyjdzie na spotkanie z Zenitem w podobnym stylu, to już dziś możemy się domyślać jaki będzie finał tej konfrontacji. A wracając do pierwszego półfinału, Biełogorie Biełgorod nie po raz pierwszy udowodnił jak mocną jest ekipą. W rosyjskich derbach pokazał swoją wyższość nad rywalem zza miedzy. Jeszcze nie przegrał w tej edycji Ligi Mistrzów i wygląda na to że komplet zwycięstw jest w jego pewnym zasięgu. Nie można pominąć roli ekipy z Kazania, kwitując ich dzisiejszy występ jednym zdaniem. Zarysowała się widoczna różnica między nim a Biełgorodem. Słabo zaprezentowali się Michajlow, Volkow i ich mózg w osobie Grbicia. Gdzieś tam w miarę jak trwał mecz, czuli że są słabsi, że gasną w oczach i nie dadzą rady, choć jak wiemy udało im się wygrać drugą partię, doprowadzając tym samym do remisu. To było jednak wszystko co dobrego mogło dziś spotkać podopiecznych Alekny. Z jednej strony mamy Zenit który czwarty sezon z rzędu gra w turnieju finałowym LM, który dla pobitego Jastrzębskiego może być przeciwnikiem arcytrudnym. Z drugiej, mamy ekipę która po szczęśliwym łódzkim happy-endzie, będzie musiała ponownie powalczyć o trzecią lokatę, ponownie z polskim zespołem i raz jeszcze w roli absolutnego faworyta. Rzeczywistości nie oszukamy. Czy można liczyć na przemianę polskiego zespołu w ciągu niespełna 24 godzin i odwrócenia niekorzystnej tendencji? Nie podołała PGE Skra, nie dała rady Zaksa Kędzierzyn-Koźle. Drugie życie Jastrzębskiego w Ankarze powinno mieć wpływ na zmiany. Kluczowe zmiany.

niedziela, 16 marca 2014

Tegoroczna walka w Zielonej Górze o krajowe trofeum miała być swoistym przedsmakiem tego, co czeka nas już niebawem w ostatecznym boju o mistrzostwo Polski. W ćwierćfinałowych pojedynkach oglądaliśmy "grę do jednej bramki". W zasadzie od początku było wiadomo że na tym etapie, na dalsze wody wypłyną cztery nasze najsilniejsze ekipy. Dobra siatkówka w tym turnieju miała się rozpocząć w sobotę. W pierwszym półfinale ujrzeliśmy ponownie obrazki z niedawnych bojów o Ligę Mistrzów pomiędzy Jastrzębiem i Resovią. Po raz kolejny również należy potwierdzić bezdyskusyjną dominację "górników" nad mistrzem kraju. Szybkie trzy zero mogło napawać optymizmem na tydzień przed Ankarą. Z drugiej strony Asseco mogła się bardziej postarać o choć małe nadszarpnięcie swych pogromców. Nie sądzę że jej gra miała być wyrazem przyjaźni pomiędzy klubami i potwierdzeniem tego żeby nie nadwyrężać oponenta na chwilę przed najważniejszą rozgrywką. Podopieczni Kowala mogli dać do zrozumienia nad czym jeszcze musi popracować grupa Bernardiego. Mogli zabawić się w Halkbank. Zamiast tego podali się przeciwnikom na srebrnej tacy. Tak grać mistrzom po prostu nie przystoi. Przez chwilę nawet przeszło mi przez myśl że może po prostu im się nie chce. W końcu dzisiaj zdobycie tego trofeum nie daje przepustki do Ligi Mistrzów, a jedynie pewne gratyfikacje finansowe. Cóż, zdanie zmieniłem podczas drugiego półfinału w którym mieliśmy już o wiele więcej przyjemnego oglądania. Wygrana kędzierzynian to mocno wyszarpane zwycięstwo. Zwycięstwo które pozwala odrodzić się w najmniej sprzyjających warunkach, kiedy wydaje się że to bełchatowska Skra pewnie kroczy do triumfu. Nagle okazuje się że najprostszy atak napotyka na wysoką ścianę z każdej strony. Mur jest po prostu nie do przejścia. Nawet ostatnia odsłona nie przyniesie odwrócenia tej kiepskiej sytuacji. Bełchatów nie zrówna się więc z Olsztynem w ilości zdobytych Pucharów Polski. Przegrywa z Zaksą która ledwo trzyma się w ringu ale jakimś cudem unika nokautu. Blisko trzygodzinne spotkanie jest jednym z lepszych widowisk siatkarskich w krajowym wydaniu. W końcu wielki finał. Z jednej strony Ci którzy w tym sezonie prezentują się naprawdę wyśmienicie i to nie tylko w kraju i nadal mają przed sobą szansę liznąć wielkiego świata aby ugrać coś więcej. Z drugiej obrońcy trofeum. Zespół który nie rzadko rodzi się w wielkich bólach ale ten fakt stanowi o jego charakterze i sile. Obu trenerów spotykało się po dwóch stronach siatki we włoskiej Serie A. Lombardo Bernardi już ze sporym doświadczeniem w tym fachu. Niegdyś przyzwoity zawodnik. Sebastian Świderski jako szkoleniowiec na dorobku, dopiero zbierający szlify ale mający ogromne poparcie w strukturach klubu. Można Go nazwać swoistą ikoną Kędzierzyna, na którą zaczął pracować jeszcze za czasów Mostostalu. Ponownie spoglądałem na Jastrzębski pod kątem przyszłotygodniowego finału czterech. To właśnie Zaksa uwidoczniła Mu wszystkie jego słabe strony, stawiając od początku trudne warunki. Kubiakowi i spółce sił starczyło na jednego seta, a przecież to oni mieli wczoraj o kilka ładnych godzin więcej wolnego. Nie musieli się męczyć w pięciosetowym pojedynku. W zasadzie wszystko przemawiało za nimi. Także dotychczasowa pewna, o ile nie najpewniejsza gra ze wszystkich ekip. Pozostaje nam liczyć na zdecydowanie lepszą siatkówkę w wykonaniu naszego rodzynka w europejskiej elicie. 

 

 
1 , 2
Tagi