RSS
niedziela, 28 kwietnia 2013

Gdyby we Włoszech przyznawano medale za stopniowanie emocji w trakcie meczu, zespół z Piacenzy byłby po tym spotkaniu niekwestionowanym zwycięzcą. Siatkarze Copry nie tylko wyrównali stan rywalizacji w spotkaniu z Trentino ale dokonali tego w sposób dobitnie świadczący o wielkiej psychicznej sile i ogromnej woli walki w tej potyczce o pierwsze miejsce.

Wszystko zacznie się po staremu, 1:0 dla gości (Trentino) i prowadzenie tychże 13:15 w secie drugim. Co należy zrobić aby odwrócić losy spotkania? Odesłać swojego drugiego szkoleniowca z jego miejsca. Choćby o jeden rząd trybun do tyłu. Gestykulacja Alessandro Delmati tak bardzo nie spodoba się głównemu arbitrowi, że dyplomatycznie, bez pokazania czerwonego kartonika, odeśle pomocnika Luci Montiego o półtora metra dalej od boiska. Jak się później okaże, będzie to kluczowy, zwrotny moment w tym spotkaniu. Piacenza z niekorzystnego dla siebie stanu wyciągnie wynik na 18:15 i dogra na spokojnie partię na 1:1 w meczu.

Trento które znamy nacodzień, nie było dzisiaj sobą. Trzecia partia oddanie zostanie właściwie bez walki a czwarta, dość pechowo przegrana na przewagi 32:30. Dobrze było obejrzeć chociaż tą kosmiczną końcówkę w wykonaniu obu zespołów. Uderzenia cios za cios, które dla jednych były możliwością przedłużenia swoich szans w meczu, dla drugich odniesieniem bezcennego zwycięstwa, dzięki któremu w tej rywalizacji obejrzymy jeszcze na pewno co najmniej dwa mecze. Właściwie w tej czwartej odsłonie, doskonale było widać jak zespół Stojczewa słabnie z każdą chwilą. Można było wyczuć, że jeśli nawet doprowadzi do tie-breaka, to po ponad czterdziestu minutach gry w tym secie, nie będzie w stanie podnieść się na decydujące piętnaście punktów. Zupełnie inaczej grała Copra. Miała cztery meczbole, za każdym razem usilnie wierząc że piątego seta nie będzie. Zmusiła nawet przeciwnika do popełnienia szkolnego błędu, jakim było nieporozumienie Jana Stokra i Mateja Kazijskiego. Gracze tej klasy nie powinni w ważnym momencie zapominać o komunikacji i nie odbić piłki na jedenastym metrze, choć zarówno jeden jak i drugi mógł to uczynić z łatwością.

Pomimo remisu, widać jak bardzo gracze Piacenzy, urośli po tym meczu. Jak mocno czują że "nie taki diabeł straszny" i że teraz to oni mogą być trudni do powstrzymania. Znów spotkamy się w PallaTrento, ponieważ gra toczy się na przemian (ciekawa opcja) i teraz każdy set będzie już ważył odpowiednio więcej.

piątek, 26 kwietnia 2013

 

Oddali pierwszą partię bez większej walki. Wydawało się że finał z Piacenzą nieco ich zaskoczył. Oto zjawia się w PallaTrento zespół który ograł w półfinale jeszcze obecnego mistrza Włoch i w premierowej odsłonie nie daje większych szans podopiecznym Radostina Stojczewa. Spokojnie, to tylko usterka przy pracy. Kolejnego seta Junatorema i spółka wygrywają do 11. W kolejnych dwóch partiach spokojnie odjadą na kilka punktów po to aby cieszyć się z pierwszego wygranego spotkania o tytuł najlepszej włoskiej drużyny Serie A1.

Przed wprowadzonymi zmianami, zespół z Trydentu miałby już mistrzostwo w kieszeni. Od tego sezonu należy zwyciężyć w trzech spotkaniach aby zdobyć pierwsze miejsce. Copra Elior Piacenza w finale, to z pewnością duże zaskoczenie jak na włoskie parkiety. Wspomniana Lube Banca Macerata trochę za szybko uwierzyła, że jest to zespół do spokojnego przejścia w półfinałowej potyczce. Upokorzony Alberto Giuliani nie tylko nie obroni wywalczonej w zeszłej edycji pierwszej lokaty. Nie ma Go w ostatecznej rozgrywce, co oznacza sporą porażkę jak na zespół tej klasy co Macerata. Z Trentino walczy za to ekipa która ma w swoim składzie m.in weterana z Reprezentacji Italii Samuela Papiego i pół środkowego, pół atakującego Alessandro Fei'iego. Do tego pierwszy rozgrywacz ekipy Argentyny Luciano De Cecco i potężnie zbudowany, kubański środkowy RobertaLandy Simon. Czarnym koniem tej edycji może być amerykanin Maxwell Philip Holt, który swoimi zagrywkami potrafi napsuć krwi choćby Matejowi Kazijskiemu. Pierwsza próba sił za nami. Kolejna w niedzielne popołudnie. Choć tylko po pierwszym secie zapachniało sensacją, to nie należy od razu zawieszać złotych medali na szyjach graczy Trentino.

W Piacenzie dostrzega się potencjał. Wśród śmietanki starszych, doświadczonych zawodników, pojawiają się młode wilki, dzięki którym teraz klub, a w przyszłości włoska kadra będzie miała z pewnością dużo korzyści. Widać to choćby po Luce Vettorim lub wspomnianym Holcie którzy nie przestraszyli się wielkiej marki i nadal biją się o zwycięstwo. Kluczem do dobrej gry może być spokojna i rzeczowa organizacja Luci Montiego, szkoleniowca który pomimo spędzenia większości swojej trenerskiej kariery w Serie A2, potrafi walczyć o ważne cele. Zwłaszcza że drugie spotkanie rozegrane zostanie w Piacenzie. Szkoleniowcy wicemistrza Italii podchodzą do sprawy ostrożnie. – Zdajemy sobie sprawę że w drugim spotkaniu wszystko może się odwrócić.  Taka a nie inna gra została wytłumaczona w kilku zdaniach - Koncentracja, wola zwycięstwa i technika były decydującymi czynnikami. Po przegraniu pierwszego seta zerwaliśmy się do lepszej gry. Chcieliśmy pokonać Coprę przy własnej publiczności, mimo iż nie było to łatwe. Mieliśmy okres dłuższej przerwy bez oficjalnych spotkań, dlatego też ten pierwszy przegrany set był takim przetarciem, co zresztą przydarzyło się nawet w Cuneo w pierwszym półfinałowym spotkaniu.

Itas Diatec chce zmazać plamę z nieudanego sezonu w Champions League. Zdobycie mistrzostwa pozwoli znów podnieść morale zespołu i z utraconą w zeszłym roku etykietą zwycięzcy, rozpocząć nowe rozdanie w przyszłym sezonie. Copra Elior Piacenza to z pewnością zespół mniej znany ale to chyba nie oznacza że mniej groźny. Emocje z siatkarskiej, górnej półki nadal przed nami.

sobota, 20 kwietnia 2013

 

Uzyskać kontrę i mieć możliwość skończenia akcji, wykorzystywać wyblok i mocno zagrywać. Te trzy kwestie jak okazało się po kilkunastu minutach gry, były kluczowe do odniesienia sukcesu w piątym, decydującym spotkaniu. Miejsce rozgrywania spotkania przemawiało oczywiście za Zaksą ale Resovia wyrosła na najbardziej nieobliczalny klub w tym sezonie. Kędzierzyn chciał za wszelką cenę wykorzystać to że złamał Mistrza Polski i to na jego terenie. Czasu od ostatniego spotkania jednak, minęło już sporo. Te kilka dni zabliźniły rany. Wreszcie nadszedł judgment day. Jak na finał przystało, musiała mu towarzyszyć spora dramaturgia. Zaksa była zespołem który mozolnie buduje kilka punktów przewagi ale im dalej w las tym ciemniej. Nie potrafiła odnaleźć drogi do skutecznego zakończenia premierowej odsłony. Już będzie się cieszyć z wygranego seta ale po ataku Michała Ruciaka piłka jednak nie dotyka bloku. To komputer pomoże odwrócić losy pierwszej partii. Przegrana Resovia wykorzysta dwie kolejne piłki, skoro dostała jeszcze jedno życie to nie może już zmarnować takiej okazji.

Trzeba przyznać że gospodarze wyciągneli wnioski w drugim secie. Skoro z boiska schodzi zimny kalkulator Bartman, a blok założony zostaje skaczącemu do pierwszego piętra Nowakowskiemu, to zmiany muszą być dokonane niezwłocznie. Swoją szansę na dłużej miał dostać Maciej Dobrowolski. Starał się znów rozbłysnąć, czymś zaskoczyć, czuł że musi spowodować kolejny odwrót w meczu ale czeski rozgrywający pojawił się z powrotem już po kilkunastu piłkach. Mało agresji na zagrywce i brak bloku u gości, zadecydował o tym że spotkanie po dwóch partiach rozpoczęło się od nowa.

Od nowa zaczęła grać także Resovia. Kilku punktową przewagę nie odda już do końca tej odsłony. Zadziwiająca była jednak bezradność gospodarzy w tym trzecim secie. Właściwie od pierwszej przerwy technicznej, cała koncepcja ich gry została rozmontowana. Nie było możliwości odpowiedzi czymś co pozwoliłoby powrócić do tego stanu sprzed kilkunastu minut. Po ponad półtorej godziny gry obrońcy tytułu, byli znów bliscy osiągnięcia celu.

Nie można było wyregulować taktyki którejś z drużyn. Ten stan wymusiły okoliczności tego spotkania. Falowanie umiejętności zawodników było nie lada orzechem do zgryzienia przez statystyków obu zespołów. Ktoś kto grał przeciętnie w pierwszej partii był niewidoczny w drugiej i na odwrót w zespole przeciwnika. W pewnym momencie zaczęła się walka także ze sobą, po to aby małymi kroczkami móc odnieść malutki sukces jakim było skończenie piłki, niezależnie od wyniku. Na tym etapie drobna różnica polegała jednak na tym że Resovia mogła tak grać, Zaksa musiała. Swobodne kontra skrępowane. Wybór opcji jest oczywisty. Trzy, cztery punkty przewagi gości wystarczyły na spokojną grę nawet punkt za punkt i Asseco Resovia Rzeszów została nowym, starym Mistrzem Polski.

Kto teraz pamięta od tym że tydzień temu zdobyta została Twierdza na Podpromiu? Jakie to ma znaczenie dziś, gdy po tym jak na ciężkim boisku przeciwnika udało się osiągnąć coś co jeszcze w niedziele było mocno odległe? To miała być imprezowa noc w Kędzierzynie ale bawić się będą fani na całym Podkarpaciu. Kamienne twarze świeżych wicemistrzów Polski nie pozostawiały złudzeń. Zwłaszcza mina naszej siatkarskiej, Reprezentacyjnej ikony Pawła Zagumnego. Jego zegar tyka nieuchronnie a szansa żeby wreszcie w swojej siatkarskiej karierze wznieść najcenniejsze trofeum w kraju, właśnie została zaprzepaszczona. Podobnie źle czuł się cały zespół, smutny zwłaszcza tu, przed swoją widownią chciał wygrać dla swoich fanów.

W Resovii chciałbym pokładać nadzieję że ta obrona tytułu przeniesie swoją wartość na Ligę Mistrzów. Choć dzisiaj jest tam radość to za jakiś czas należałoby pomyśleć o kolejnym wzmacnianiu zespołu, o jego dalszym rozwoju. Chciałbym widzieć tak walczących Resoviaków jak dziś, w konfrontacji z włoskimi i rosyjskimi klubami, a nie oddawania bezcennych setów bez walki i bez wiary w końcowy sukces. To mistrzostwo ma również swoje obowiązki. Jednym z nich jest godne reprezentowanie naszego kraju na kontynencie.

 

niedziela, 14 kwietnia 2013

 

Jedni grali o zwycięstwo, które miało być bardzo blisko ale ciężka świadomość że to jednak bardzo daleko, była silniejsza. Drudzy o przetrwanie, o doprowadzanie do jeszcze jednej, ostatniej w tym sezonie szansy i przeniesienie tej rywalizacji na własne boisko. Gospodarze w swojej niezdobytej w playoffach twierdzy, której potoczną nazwę Twierdza Rzeszów, zna dzisiaj chyba każdy sympatyk siatkówki. Goście przytłumieni wczorajszą bolesną porażką czuli że niełatwo im będzie przełamać tą boiskową niemoc ale do walki przystąpili niezwykle zdeterminowani. W końcu nie mieli nic do stracenia. Gospodarze wiedzieli że lepszej okazji do postawienia kropki nad „i” może już nie być. Siódmym zawodnikiem w ich drużynie była cała pełna hala i całe miasto przygotowane na całonocną fiestę, znajdujące swe źrodło na rzeszowskim rynku, dla tych którym nie udało się wejść do środka. Przypuszczam że również i całe Podkarpacie było dzisiaj „Resoviakiem”. Mecz w hali chciało obejrzeć blisko 50 tysięcy kibiców. Gigantyczna liczba rodem z piłkarskich stadionów w Europie, musi robić niesamowite wrażenie.

- Srebrny akurat pokazałeś – stwierdził Ireneusz Mazur, zauważając iż prowadzący przedmeczowe studio Jerzy Mielewski eksponuje medal mistrzostw Polski, mówiąc o krążku z najcenniejszego kruszcu i nadmieniając że już dziś może zawisnąć na szyjach graczy Resovii. Choć komentatorzy powinni być bezstronni to akurat z osoby byłego szkoleniowca, można było wyczytać przekonanie o sympatii do kędzierzyńskiego zespołu. Dla piękna tego widowiska ja również liczyłem że jednak wszystko decydować się będzie za tydzień na boisku Zaksy, choć zdobycie wspomnianej niesforsowanej fortecy było zadaniem arcy trudnym. Miałem wrażenie że znany z trudnego charakteru Felipe Fonteles, będzie chciał połamać ręce blokujacym Go przeciwnikom. Jego ogromna ekspresja i siła była widoczna zwłaszcza w premierowej partii tego spotkania. Tą moc wyczuł również Paweł Zagumny wystawiając piłkę na drugą linię i brazyliczyk mógł zakończyć pierwszego seta.

Na początku drugiej odsłony mieliśmy niespotykane, jak na ten sport, duże iskrzenie pod siatką. Na czarny charakter kibice gospodarzy, wybrali sobie wspomnianego brazylijczyka. Niczym bokser stanął przy środkowej lini mając naprzeciw Krzysztofa Ignaczaka. Sędzią w tym sporze okazał się Zbigniew Bartman i nakazał obu rozejść się do narożników. Kolejnych, tak intensywnych starć nie było. Siatkarze Zaksy doskonale wiedzieli że wypuszczając Resovię na kilka punktów, nie będą w stanie doścignąć rywala. Wystarczyło cztery, czasem pięć punktów różnicy i pojawiały się problemy. W początkowej fazie dużo zagrań sytuacyjnych, wymusiło grę nieczystą, grę pozbawioną długich wymian a w zamian za to oglądaliśmy sporo przepchniętych, niedokładnych piłek. Kędzierzyn lepiej zniósł te zmienne warunki, brylował w bloku i w polu i z prowadzenia 21:16 dla gospodarzy zrobiło się po 22. Wtedy na zagrywkę wchodzi Olieg Achrem. Ręka mu nie zadrży, punkt zdobędzie bezpośrednio. Odpowiedź Fontelesa i znowu remis. Bartman ze skrzydła i setowa dla Rzeszowa ale Zaksa ma brazylijczyka który rzadko się myli a nastepnie po dłuższej akcji kończący atak Ruciaka. Spod noża podopieczni Andrzeja Kowala, jeszcze w pierwszej akcji uciekną. Za to goście mieli na widelcu zdobycie drugiej partii i kolejną setową piłkę ale serwis Rouziera w aut, a nastepnie jego autowy serwis zmienił diametralnie sytuację na boisku. W aut zagrywka Lotmana i ponowny remis a na zagrywkę idzie ulubieniec publiczności Fonteles. Zagrywa asa ale po chwili znów się pomyli i będzie 28:28. Gladyr ze środka i kolejna setowa dla gości. Wtedy też Resovia pogubi się zupełnie w polu a Zaksa takich błędów już nie popuści. Wygra tą partię 30:28. Rzadko kiedy opisuje poszczególne akcje w meczu ale w tym przypadku przy sporym prowadzeniu Asseco, wygrana Zaksy była jak ponowne narodziny. Jak zwycięstwo powstałe w bólach. Przypomnijmy 17:12 i 20:15 ale to jest właśnie zmienność siatkówki, niczego nie można być pewnym nawet podczas wysokiego prowadzenia.

Pokłosiem seta drugiego był set trzeci i próba zakończenia tego nieciekawie rozpoczętego weekandu przez Zaksę efektownym zwycięstwem. Mówiąc krótko: Kędzierzyn grał swoje i z wielkiego przegranego stał się wielkim pogromcą hali na Podrpomiu. Zdobył niepokonany Rzeszów, dokonał rzeczy niezwykle trudnej ale nie wykonalnej. Urósł w ponadprzeciętną siłę i odwrócił rolę w tym finale. Jego metamorfoza, jeśli uda mu się zwyciężyć u siebie wpisze się do annałów siatkarskiej historii.

 
1 , 2
Tagi