RSS
niedziela, 27 kwietnia 2014

Przegrywali dwoma punktami (17:19) drugi set wkraczał w decydującą fazę, co tu zrobić... Dajcie na zagrywkę Wlazłego. Odłączony układ nerwowy, zimna kalkulacja sytuacji i jedziemy dalej. Raz pomogła siatka. Poirytowany Krzysiek Ignaczak wyładował na niej swoją złość. Później już nie było o czym mówić. Ze stanu 19:20 dla Resovii, Skra wygrała seta do 20. Krótko zwięźle i na temat. W tym momencie prowadziła już 2:0. Potrzebowała jednej partii aby zakończyć konfrontację o mistrzowski tron. Fani Resovii wstrzymali oddech kiedy w kolejnej odsłonie ich zespół przegrywał 13:16 i 14:17. Wtedy chyba jeszcze mieli mglistą nadzieję na powtórkę sytuacji z Kędzierzyna. Nic dwa razy się nie zdarza. Bełchatów potwierdził swoje ogromne doświadczenie i po dwóch latach powrócił na najlepsze miejsce w Plus lidze. Tym samym prezes Skry Konrad Piechocki pozamykał usta niedowiarkom. Ludziom którzy po poprzednim sezonie wieszczyli jej szybki koniec. Powołanie Hiszpana Falaski także wzbudzało wiele kontrowersji. Nie wierzono w ten sukces który pojawił się w klubie po swoistej rewolucji kadrowej. Przede wszystkim postawiono na silnych rozgrywających. Na element który pozostawał wiele do życzenia po poprzednim sezonie. Do tego doszły mocne "skrzydła", które miały zapełnić lukę po odejściu Michała Winiarskiego. Dziś już z pewnością można powiedzieć że były to udane transfery. Facundo Conte doskonale rozumiał się ze swoim kolegą z Reprezentacji Nicolasem Uriarte, ten z kolei kapitalne zgrał się z Wlazłym i resztą zespołu. Kiedy trzeba było, grą dobrze pokierował Aleksa Brdjović. Zwłaszcza w momencie kontuzji Argentyńczyka. Z Bełchatowską publicznością w fantastyczny sposób pożegnał się także trener naszej narodowej kadry. Gdzieś tam będziemy pewnie tęsknić za "antigówką" oraz ponadprzeciętnym przygotowaniem technicznym. Czas na pojawienie się poza boiskiem, w zupełnie nowej dla siebie roli. Resovia zakończyła swój udział w finale w kiepskim stylu. Sporo sił kosztowały ją spotkania z Zaksą. Chyba do końca sama nie wierzyła że uda się jeszcze coś ugrać z tak walczącym przeciwnikiem. Można gdybać co by było, jeśli ten drugi set zakończyłby się jej wygraną. W ten sposób była słabsza nie tylko fizycznie ale przede wszystkim psychiczne. Nie dała rady grać dłużej z etykietką "mistrza". Na pocieszenie należy jednak podkreślić że ekipa Andrzeja Kowala prezentowała naprawdę wysoki poziom przez całe trzy sezony. Już dziś można stwierdzić że będzie pewnym kandydatem do medalu w kolejnej edycji ligowej ekstraklasy. Teraz krótkie wakacje i wracamy do siatkarskiej krainy na polu reprezentacyjnym.

sobota, 26 kwietnia 2014

Tego w Rzeszowie spodziewano się chyba najmniej. O ile po pierwszym pojedynku można było jeszcze upatrywać nadziei w minimalnych rozmiarach tej porażki, o tyle dzień później bełchatowski walec przejechał się w trzech partiach po mistrzu Polski, nie dając mu ani chwili na podniesienie się i wyłuskanie choćby małego seta. Opowieści o tym że podobny scenariusz Resoviacy przechodzili już w półfinałowych zmaganiach, są nic nie warte. Porażka to porażka. Jednak 2:3 trawione jest zupełnie inaczej niż 0:3, pomimo tego samego efektu. Zwłaszcza w finale Plus Ligi. Nie można więc porównywać kędzierzyńskiego zespołu do podopiecznych hiszpana Falaski. Oni prowadząc nawet 24:16, nie będą pewni czy aby na pewno uda się to wygrać, choć można przewidzieć że zrobią absolutnie wszystko aby nie wracać już do Rzeszowa w tym sezonie. Czy mocno krwawiąca Resovia jest w stanie odwrócić losy meczu? Czy ma ukrytą broń, o której sama jeszcze nie wie? Musiałby to być "produkt" który zwali z nóg zdobywcę MVP dwóch rozegranych już spotkań i człowieka o nadprzyrodzonych zdolnościach w ataku. Takiego, którego pamiętamy za czasów Raula Lozano. Takiego który potrafił postawić się wszystkim tym, którzy przestali w niego wierzyć z chwilą "afery skarpetkowej" i późniejszych utyskujących na etapie zagrań Anastasiego. Obecnie ma się wrażenie że Mariusz Wlazły nie tylko wspaniale zagrywa i atakuje. On również broni, odbiera i sam sobie wystawia piłkę. Człowiek - orkiestra, człowiek drużyna. Kto ma go w zespole ten jest zawsze lepszy. Ani Konarski, ani Schops nie są w stanie choćby dojrzeć kunsztu złotego dziecka Skry. Trzymajmy kciuki aby jego forma nie tyle szła w górę, ile ustabilizowała się na stratosferycznym poziomie aż do późnego lata. Ma niestety bełchatowianin jedną wadę - nie jest nieśmiertelny. W drużynie niema zmiennika i już nie mówię o tym aby był to ktoś jego pokroju. Mario musi mieć chwilę na oddech, na złapanie rytmu, na spojrzenie na wszystko z poziomu ławki rezerwowych. Choćby na krótką chwilę. Aż dziwne że w klubie z takimi aspiracjami nie ma drugiego atakującego. Bełchatowscy włodarze powinni się mieć na baczności. Od euforii względem umiejętności do zajeżdżenia zawodnika droga krótka. Przed nami czas prawdy. Czas ostatniego tchnienia Resovii, lub jej nowego odkrycia. Być może w niedzielę przekonamy się czy to także moment na zmianę warty i pomimo nie "lekceważenia serca mistrza" na tronie zasiądzie nowy (stary) czempion.

piątek, 18 kwietnia 2014

Pogłoski o śmierci mistrzów Polski są nieaktualne. To nie przypadek że w decydującym spotkaniu Resovia Rzeszów pokazała przeciwnikom jak należy grać i choć we wstępnej fazie rywalizacji była już mocno zdławiona przez kędzierzynian, to ostatecznie wyszła cało z tej pięciomeczowej konfrontacji. To także mocny sygnał dla Skry Bełchatów - sprawujący funkcje najlepszych w kraju, nie mają zamiaru ustępować ze swojego stołka.

Ponownie spotkaliśmy się w małopolskiej hali na Podpromiu, będąc świadkami spektaklu który jednych doszczętnie pozbawiał szans na Ligę Mistrzów, a drugim dawał do niej pewną przepustkę. Radość zwycięzców była więc podwójna. Trzeci raz z rzędu są na podium i nadal mają szansę na obronę tytułu. Zaksa tego dnia nie była Zaksą. Bardzo szybko do kwadratu rezerwowych odprawiony został Dominik Witczak. Wcześniej grający siatkówkę wyśmienitą, wymykającą się ponad przeciętny poziom aż do czwartkowego wieczoru gdy jego forma nazbyt mocno spikowała w dół. Czasu na ponowne odbicie się od ziemi już mieć nie będzie. Wydawało się że zastępujący go Grzegorz Bociek ma bardzo dobry wskaźnik efektywności gry, czyli akcje wykonywane do akcji udanych. Niestety, pomimo kilku naprawdę ciekawych i punktowych zagrań, nie był w stanie pociągnąć gry zespołu. Wystrzelał się nad wyraz szybko, podobnie zresztą jak Dick Kooy. Kolejna gwiazda kędzierzyńskiej ekipy, która była do tej pory prawdziwą zmorą Resoviaków, a która podobnie jak wspomniani "atakerzy" zagrali tego dnia z postępującą z każdą chwilą nieumiejętnością wykonywania swoich wyuczonych elementów. Inna sprawa że Asseco wróciła do życia z zaświatów. Do gry którą pamiętamy jeszcze sprzed roku, kiedy pozostawała na podium jako ta niepokonana. Powrócę jeszcze na chwilę do faktu że Zaksa miała wszystko aby wygrać tą konfrontację a i tak zabrakło Jej wszystkiego. Prowadząc 16:12 w trzecim pojedynku i przy stanie 2:0 w setach, słowo "porażka" zawisło na chwilę w siatkarskiej rzeczywistości rzeszowskiego zespołu. Ledwo zipiąc, zdołał się jeszcze wywinąć spod decydującego ciosu pewnego swego zwycięstwa, mocnego przeciwnika. Sam zaczął nacierać i serial który miał dobiec końca, przedłużył się jeszcze o kolejne dwa odcinki. Mieliśmy więc w tej potyczce arcyciekawą scenografię wydarzeń, podszytych siatkarskimi, kosmicznymi emocjami.

Zupełnie inaczej grało się w drugim półfinale. Tam emocje skończyły się już po trzech meczach. Jastrzębski Węgiel, który stał się naszą mocną wizytówką w Europie, nie zdołał dotrzeć do finału krajowych mistrzostw. Tym samym w kolejnym sezonie zabraknie Go w walce o Ligę Mistrzów. Jastrzębianie jako jedni z niewielu w Polsce, zrobili solidny krok do przodu na tej arenie i mogli kontynuować swą drogę do wytyczania nowych celów i zamierzeń. Skra Bełchatów rozprawiła się z nimi tak szybko jak to tylko było możliwe i choć swój zeszłoroczny wynik poprawiła już w poprzedniej rundzie, awansując do półfinałów, to doskonale wiemy że w Bełchatowie wszyscy czekają na powrót do mistrzostwa kraju.

Powracamy więc do emocji które rok temu toczyły się nieco niżej, w batalii o wejście do czwórki. Pomiędzy Skrą a Resovią potrzeba było wówczas aż pięciu spotkań aby wyłonić zwycięzcę. W tym sezonie już po rundzie zasadniczej obie ekipy uplasowały się na dwóch pierwszych pozycjach. Teraz czas na najważniejsze danie Plus ligowej układanki. Od kilku ładnych lat, dwaj zatwardziali przeciwnicy którzy nie pierwszy raz rozdysponują między siebie najcenniejszą krajową zdobycz.

 

niedziela, 13 kwietnia 2014

Wydawało się że już nic złego nie może ich spotkać. W końcu prowadzili z Resovią 2:0 w setach i 12:8 w trzeciej partii. Wcześniej ugrali na polu przeciwnika dwa zwycięstwa i wystarczyło tylko spokojne dokończyć ostatnią partię. Kędzierzyńska Zaksa okazała się jednak wielkim pechowcem tego weekandu. W piątek zbyt wcześnie uwierzyli że jest już po meczu i ostatecznie ulegli mistrzom Polski w tie-break'u. Jeszcze gorzej było dzień później, kiedy uciułali tylko jednego seta. Tak oto Asseco Resovia uciekła spod topora tegorocznym zdobywcom krajowego pucharu. Porównując oba zespoły miało się wrażenie że o ile w trzecim starciu Zaksie potknęła się noga to w czwartym już prezentuje pokaz niesamowitej siły. Holenderski przyjmujący Dick Kooy, chciał sam wygrać ten mecz. W pewnym momencie, Jego zagrywki były nie do odebrania przez samą ikonę polskiej siatkówki - Krzyśka Ignaczaka. To było pięć minut holendra i w przenośni i dosłownie. W swoją rolę wczuł się również świeżo powołany do Reprezentacji Dominik Witczak. Jego ataki kończone były z pewną siebie precyzją. Po drugiej stronie mieliśmy podział ról. Mecz dobrze zaczął Konarski ale atomowe zagrywki Schopsa w dalszych odcinkach tego spotkania, powodowały że Niemiec coraz dłużej pojawiał się na boisku. Na statuetkę najlepszego w tym meczu zasłużył Nikolaj Penczew. Młody, skromny i niepozorny bułgarski przyjmujący zadziwił spokojną grą we wszystkich elementach. Na co dzień jakby w cieniu kolegów, stojący głównie w kwadracie rezerwowych. Paradoksalnie kontuzja Aleha Akhrema, otworzyła mu drogę do dobrej gry. Podziwiam Andrzeja Kowala za to z jakim spokojem wierzył w swój zespół. Takie huśtawki nastrojów przechodził nie po raz pierwszy. Widać było także i Jego doświadczenie w roli szkoleniowca. Umiejętnie rotował składem, z wyczuciem brał przerwy w grze, a także przysługujący Mu "challenge". Zupełnie inaczej zachowywał się Sebastian Świderski. U Niego pomimo konsekwentnych ruchów widać było zdenerwowanie. Z pewnością gdzieś tam rozpamiętywał jeszcze wcześniejsze, niewykorzystane szanse co generowało niepokój i myśl: "Czy nam się uda pomimo tego że przecież już byliśmy jedną nogą w finale". W jednym z setów zbyt szybko "wystrzelał" się ze sprawdzania sędziów, podejmując dwie złe decyzje o video-weryfikacji. Doskonale wiemy że te informacje (brać czy nie brać) podtykają trenerom również sztaby szkoleniowe a przede wszystkim sami zawodnicy. Wyczucie tej decyzji świadczy również o wielkości opiekuna zespołu. Tej wielkości Sebastianowi jeszcze trochę brakuje, chyba że udowodni jej istnienie w ostatecznej rozgrywce.

Piąte spotkanie rozegrane zostanie w Rzeszowie ale dziś już nikt nie może mówić o atucie własnego boiska. Oba zespoły potwierdzają tą tezę, bo dotąd wygrywały na polu przeciwnika. Ten mecz rządzić się już będzie jednak innymi prawami. Cytując klasyka "Wygra ten, kto zdobędzie jednego seta więcej".

Tagi