RSS
sobota, 22 czerwca 2013

... jako goście, jesteśmy towarzyscy do bólu.

Dać się zaskoczyć jakością przeciwnika, taka sytuacja nie zdarza się często. W chwili kiedy wydawało się że wszystko idzie swoim torem, kiedy po przegranej partii, zwyciężyliśmy kolejne dwie i byliśmy na prostej drodze do zgarnięcia pełnej puli, znów odezwała się w nas chęć kombinowania ponad miarę. Skoro przez cały mecz potrafimy skutecznie atakować, to czemu wprowadzać coś (kiwki), co nie zdaje egzaminu w starciu z takim przeciwnikiem jak Francja? Tak naprawdę ciężko tłumaczyć tą porażkę. Ja wiem że wszystko dobrze się komentuje z perspektywy widza, że można twierdzić że należało grać punkt za punkt i spokojnie dograć ten mecz do końca. Tym bardziej nie trafiają do mnie tłumaczenia naszego trenera który uważa że zespół nie jest tak dobry jak rok temu, że forma daleka jest od optymalnej. To akurat widzimy wszyscy. Liczyłem na to że szkoleniowiec ujawni cóż takiego stało się z jego zespołem, że przegrał wygrane spotkanie. Wejdzie głębiej w problem, z którym On jako pierwszy powinien się zmierzyć, a nie mówić wiadomymi ogólnikami.

Nie mamy nadal w Kadrze egzekutora. Kogoś takiego, kto w ciężkim momencie weźmie na siebie ciężar gry. Taką osobą był kiedyś Mariusz Wlazły. Andrea Anastassi odważnie stwierdził kilka tygodni temu że "grający obecnie atakujący w Reprezentacji, są lepsi od Niego". Naturalnie nie śmiem wchodzić w kompetencje Włocha, wydaje mi się jednak że gracz na tej pozycji powinien prezentować pewien określony poziom, który pozwala mu dobrze spełniać swoją funkcję. Z całym szacunkiem do Zbyszka Bartmana, przekwalifikowanie Go na atakującego jest dla mnie chybionym pomysłem. Rację ma Mateusz Minda, twierdząc że w Kadrze jest w zasadzie nietykalny. Nawet w momencie złej gry pozostaje na boisku. Nie ma miejsca na zmianę. Chyba że zadaniową i na tym koniec. Andrea Anastasi nigdy nie powie słowami trenera Borussi Dortmund: "Kuba, dzisiaj Ty prowadzisz". Da Mu szansę. Rasowy atakujący musi mieć to coś co wyróżnia go na tle pozostałych zawodników. Rosjanie mieli Michajlova, a teraz jego rolę przejął Pavlov, jeszcze do końca nieodgadnięty ale ciekawie zapowiadający się gracz. Włochom udało się przerzucenie Zavtseva z przyjęcia na atak. Naturalizowany Włoch spełnia się na tej pozycji wyśmienicie. Brazylia ma swoją "wieżę" Leandro Visotto. Skutecznego w ciężkich momentach, olbrzyma. Polska jak widzimy, niema w ataku na razie nikogo. 

Kiedy jednych porażka w tie-break'u mocno martwi, inni po tak przegranym spotkaniu, mogą schodzić z boiska z podniesioną głową. Włosi przegrywali już dzisiaj z Rosją 0:2 i 19:24 w trzecim secie. Mimo to nie poddali się w skrajnie niekorzystnej sytuacji. Doprowadzili do wyrównania stanu meczu, ulegając jednak ostatecznie w piątej partii.

niedziela, 16 czerwca 2013

Jak wiadomo w ten weekand Polacy pauzowali w rozgrywkach Ligi Światowej. "Pod lupę" postanowiłem wziąć dwa inne spotkania, rozgrywane wczoraj i dziś na Półwyspie Apenińskim a więc mecze Italii z Kubą. O ile o pierwszym pojedynku można powiedzieć tyle że... się odbył, o tyle drugie spotkanie, choć zakończone takim samym wynikiem 3:0 dla gospodarzy, wyglądało już zdecydowanie inaczej. Szczerze mówiąc liczyłem po cichu na jakąś szybką metamorfozę przyjezdnych, zwłaszcza że w pierwszej partii tego drugiego spotkania, mocno postraszyli wicemistrzów Europy.

To jednak nie ta Kuba, która trzy lata temu dotarła do finału Mistrzostw Świata, w decydującym pojedynku ulegając kosmicznej Brazylii. Odmłodzony zespół w starciu z niezwykle silnym włoskim walcem, nie miał najmniejszych szans. Jak wspomniałem tylko chwilami Włosi mogli czuć się niepewnie. Efektowne ataki ze skrzydeł czy krótkiej mogły robić niesamowite wrażenie. Na dłuższą metę jednak nie o widowiskowość przecież tutaj chodzi. Włosi odpowiedzieli fantastycznym zgraniem całego zespołu. Choć zabrzmi to jak banał, to należy to podkreślić: Są drużyną naprawdę bardzo silną, mogącą w tym roku zająć ścisłe podium i to nie tylko w "Światówce" ale także w mistrzostwach starego kontynentu. Ich mocną stroną jest zapewne stabilizacja składu, do którego co roku wpuszczani są nowi, młodzi zawodnicy. Także dzisiaj mieliśmy tego potwierdzenie. Beretta, Piano, Vettori czy Rossini to nazwiska które niedługo mogą być kluczowymi jeśli chodzi o obsadę w Reprezentacji.

Kuba w zasadzie po tym weekandzie, straciła już szanse na finałowy wyjazd do Argentyny. Choć po tej młodzieży, która z podniesioną głową może opuszczać dzisiaj Florencję, widać ogromny potencjał i wielką chęć do dalszego rozwijania się i wzmożonej pracy. Co ciekawe i kompletnie dla mnie niezrozumiałe, istnieją przecież gracze którzy mogliby stanowić o sile tego kraju. Kubańska federacja jednak, twardo trzyma się swojej polityki, która nie pozwala siatkarzom ze swojego Państwa grać w klubach poza jego granicami. Decydujący się na taki krok muszą liczyć się z ostrymi reakcjami władz, łącznie z wykluczeniem gry w Reprezentacji. Jak wiadomo szeregi owych "uciekinierów" po Joandrym Lealu i Robertlandym Simonie, zasilili ostatnio utalentowany Wilfredo Leon oraz Joandry Diaz. Co by było gdyby do tej czwórki dołączyłby jeszcze, jeden z najlepszych dla mnie graczy na świecie Osmany Juantorena? Dziś posiadający już włoskie obywatelstwo zawodnik, był chyba swoistym prekursorem takiego ruchu emigracyjnego. Co prawda jego sytuacje komplikowała dodatkowo sprawa z odnalezieniem wcześniej w organizmie niedozwolonych środków dopingujących, mimo to dzisiaj jest gwiazdą światowego formatu.

Dobrze by było gdyby młodzi kubańscy zawodnicy w starciu z dużo mocniejszymi od siebie przeciwnikami, wynosili z takich potyczek jak najwięcej dobrego. Trudno jednak oczekiwać że we własnym kraju będą mieli szansę na rozwinięcie skrzydeł i zaistnienia oprócz Reprezentacji, gdzieś indziej na świecie.

poniedziałek, 10 czerwca 2013

W drugiej potyczce z Canarinhos zabrakło naprawdę niewiele aby odnieść minimalne zwycięstwo. Niestety chwilami szkolne błędy, momentami gra w jakimś amoku, nie potrafiły zdobyć nam kilku, być może kluczowych punktów w tym spotkaniu. Zwłaszcza kiedy piłka za darmo wracała na naszą stronę. Można odbić się od brazylijskiego muru, nasze kiwki mogły być podbite ale ataków w daleki aut, nie tłumaczy nic. No chyba że to co powiedział po ostatnim gwizdku Michał Winiarski, że w tym meczu ukazał się obraz drużyny która potrzebuje przede wszystkim grania, spokojniejszego rozgrywania piłek. "Niestety za szybko chcieliśmy skończyć pewne akcje".

Mimo wszystko wyciągnięcie wyniku od stanu 0:2 do 2:2 było popisem drużyny która raz jeszcze się podnosi w tej walce. W trzeciej i czwartej partii widać zaangażowanie całego kolektywu, zawodnicy chcieli pokazać że tym razem nie ugną się pod naporem coraz śmielej poczynającego sobie rywala. Szkoda że kilka minut później przytrafiły nam się wspomniane usterki, które zostały bezlitośnie wykorzystane. Radość Brazylii po zwycięstwie była spora. To świadczy o nas tylko dobrze. Oponent będący na widelcu został poważnie nadgryziony. Otrzymał w ten sposób istotny sygnał o wciąż obecnej sile i umiejętnościach naszej Reprezentacji. Przyczepiając się do szczegółów można mieć pretensje do naszego wieżowca Piotra Nowakowskiego który błyszcząc w klubie, obniża nieco swoje loty w drużynie narodowej. Mało kończonych piłek to jeszcze nie powód do zmartwień ale w walce na siatce Cichy Pit nie może dać się ogrywać w sposób jaki oglądaliśmy w Łodzi. Nie wspomnę już o jego zagrywce, która z trudnego float'u była jedną z najprostszych do odbioru. Trochę dziwi mnie postawa Bartka Kurka, który z prawdziwego dominatora na Torwarze, stał się rezerwowym w Atlas Arenie. Nasze najcięższe działo zmienione przez technicznego Winiara, nie znalazło dla siebie ujścia. Chyba dużo lepiej niż w sobotę zagrał Paweł Zatorski, przyjmując momentami naprawdę ciężkie ciosy. Widać że łódzka hala jest mu naprawdę dobrze znana co ma swoje przełożenie na grę. Za to Zbigniew Bartman doprowadzał chwilami włoskiego szkoleniowca do szewskiej pasji. Jak zawodnik tej klasy może atakować w siatkę po wspaniałej paradzie i obronie swoich kolegów? Takich momentów w meczu było zresztą wiele. Nieprawdopodobna obrona piłki, wręcz nie do odebrania i wyprowadzenie akcji, a piłka ląduje w aucie, zostaje odbita od bloku a nierzadko dotyka antenki bądź zatrzymuje się na wspomnianej siatce. Zastanawia mnie to jak Ci młodzi gracze w drużynie Brazylii, tak szybko aklimatyzują się w narodowym zespole. 21-letni Lucarelli, który ma być zmiennikiem kontuzjowanego Murillo, potrzebował dosłownie kilku minut na to aby pokazać swoje nieprawdopodobne umiejętności. Podobnie rzecz ma się z młodym środkowym Santosem. Idzie na zagrywkę z pełnym zaangażowaniem i wiarą w to że może zaserwować asa i posyła go bezbłędnie i to w jednym z istotnych momentów w meczu.

Teraz Reprezentacja ma prawie dwa tygodnie wolnego, choć pozostali grają dalej. Z pewnością dla regeneracji organizmu to lepiej. Obyśmy jednak po meczach z Francją nie narzekali na brak zaangażowania albo spóźnionej pobudki po dwóch setach. Mało realny scenariusz? Może faktycznie patrzę trochę zbyt pesymistycznie, a może za długo oglądałem kopaczy pana Fornalika. 

 


sobota, 08 czerwca 2013

Lekki powiew wiatru pojawił się niespodziewanie po stronie Canarinhos. Choć piłkę na rękach mieli już brazylijscy przyjmujący to nagle z niewiadomych przyczyn zmieniła ona tor lotu i wylądowała pod ich nogami. Wściekły jak zwykle, Bernardo Rezende znanym ruchem wyrwał sobie z uszu trzecią już parę słuchawek w tym meczu. Spojrzał nieco w górę spoglądając na światełko w tunelu i dostrzegł że przez otwarte drzwi wpada tornado uprzykrzające Jego podopiecznym w normalną grę. -Drzwi się zamykają! - wrzasnął patrząc wciąż w górę. -Czy drzwi mnie słyszą? - powtórzył swoją gorącą prośbę.

Tak, tak gdyby nie zamknięte drzwi, Brazylia nie pokonałaby wczoraj naszej Reprezentacji. Akurat prowadziliśmy nieznacznie, kiedy miało miejsce opisane powyżej wydarzenie. Naszym nie zamknięte wrota, jakoś nie przeszkadzały...

Aż chce się powiedzieć: "Pierwsze koty za płoty". Liczyliśmy na dużo więcej. Chcieliśmy znów ujrzeć przegrywającą Brazylię w konfrontacji z naszymi chłopakami. Zgodzę się z tezą że brakowało nam "siły ognia" za tym płotem. W zasadzie nie zaskoczyliśmy Rywala niczym nowym. Anastasi w każdym z czterech rozdań sprawdzał swoją talię w poszukiwaniu jakiś asów. Wiadomo że po pierwszym starciu ciężko opiniować nasz występ. To dopiero początek. Zastanawiam się czy to dobrze że od razu trafiliśmy na tak silnego przeciwnika. Może odpowiedź przyjdzie w niedzielę późnym wieczorem. Polacy chyba mają to do siebie że wolą rozpoczynać każdy turniej od lżejszych oponentów. Rozkręcamy się powoli, przetwarzając każdego seta po kilka razy. Nie potrafimy się otrząsnąć po złym wstępie i ma to swoje przełożenie na późniejsze partie. Ma racje Rafał Stec, pisząc w dzisiejszej "Gazecie" o tym że gdybyśmy chcieli wyciągać daleko idące wnioski to nasza forma nie przypomina tej z 8 lipca zeszłego roku, tylko jest obecna jeszcze ta olimpijska.

Oby "Niedziela była dla nas". Łódzka Atlas Arena z pewnością wypełni się po brzegi. W końcu bilety w necie były dostępne całe pół godziny. To musi robić wrażenie. Byłem tym spóźnialskim, któremu musi wystarczyć transmisja w Polsacie Sport. Pamiętam tą Ligę Światową w Łodzi sprzed kilkunastu lat. Już na kilka dni przed meczem na głównych ulicach widniały bannery z logo L.Ś. Kolejki do kasy w Łódzkim Pałacu Sportu przy ul. ks.Skorupki liczyły nierzadko kilkadziesiąt osób. Nieważne że nie dostało się na mecz. Pobliskie ogródki ze złocistym płynem przy parku im. Michała Klepacza, rekompensowały nieobecność na trybunach. Nasłuchiwało się wszystkich dochodzących dźwięków, a na ostatnie piłki można było się niemal wślizgnąć do środka. Ochrona już nie reagowała. Dziś Łódź ma piękną nową halę i zapewne także doskonałą w niej atmosferę podczas meczów ale otoczka o której napisałem, już się raczej nie powtórzy.

Tagi