RSS
poniedziałek, 21 lipca 2014

Co łączy ścisłych finalistów Ligi Światowej ? Z pewnością fakt że obie drużyny do samego końca nie byli pewni wyjazdu do Florencji i dopiero w ostatnich potyczkach zapewnili sobie udział w Final Six. To też ciekawostka i pewien paradoks z tej edycji "światówki". Jesteś chwilowo za burtą, zwyciężasz w meczu o przetrwanie, a za moment pozostawiasz w tyle resztę teamów i meldujesz się w wielkim finale.

Tegoroczna edycja to też nowości w samej formule tej imprezy. Wprowadzenie trzech dywizji, niczym trzech poziomów i podział świata na lepszych i gorszych. Spadki, awanse, w końcu powstanie pewnej, nie do końca odzwierciedlającej możliwości konkretnych zespołów, hierarchii. Nie jestem do końca przekonany czy na dzień dzisiejszy Polska zaklasyfikowana do "Elity" czyli pierwszej dywizji, w starciu z przedstawicielami drugiej ligi, zespołami Francji, Argentyny czy choćby Bułgarii, miałaby coś więcej do powiedzenia. Naturalnie nie umniejszam sił narodowego zespołu ale też nie uważam że zawsze silni Bułgarzy zasłużyli sobie na spadek o jeden poziom.

Turniej Final Six okazał się mało szczęśliwy dla obrońców trofeum. Rozpędzona rosyjska maszyna, napotkała w końcu na godnych siebie przeciwników. Najpierw podgryzła ją perska armia, z dnia na dzień rosnąca w niespotykaną siłę. Rozpoczęte dzieło skończyła Brazylia. Ciekawe czy Andrei Woronkow nie chciał przemęczać swoich podopiecznych i specjalnie odpuścił włoskie show. Jeśli nie było to celowe zagranie to chyba warto przed mundialem przemyśleć kwestię powrotu kilku jaśniejszych gwiazd rosyjskiego potentata.

Gospodarze imprezy marzyli o zdobyciu trofeum na własnym terenie. Teraz z perspektywy czasu możemy "gdybać" o tym że wystarczyło im wygrać z "kanarkowymi" jednego seta więcej w grupie. Wpuściliby tym samym na swój teren Polaków i mieli spokojniejszą głowę. To jednak zawsze o jednego groźnego przeciwnika mniej w drodze po sukces. A tak skończyło się na zaostrzonych apetytach i sromotnej przegranej z Brazylią w półfinale. Po tej wpadce udało się zgarnąć trzecie miejsce. Jakby nie patrzeć - powtórka sprzed roku, cóż jednak z tego jeśli marzyło się o zapolowaniu na dużo większą zwierzynę. Pokonanie Iranu, choć pewne i efektowne, było dość pustawym zwycięstwem. A skoro jesteśmy przy Irańczykach to już dziś można stwierdzić że mogą niebawem przepoczwarzyć się w jeszcze skuteczniejszy siatkarski produkt. To tacy cisi zabójcy. Nikt nigdy nie wie kiedy zaatakują, kiedy trafią z formą i choć grają zdecydowanie najlepiej we własnym sosie, to również u nas w Polsce będą chcieli trochę narozrabiać.  

Jeszcze kilka lat temu widząc finałową parę Brazylia - USA, nie mielibyśmy większych złudzeń co do wytypowania zwycięzcy. Ale nie dziś. Doskonale pamiętamy drogę "Canarinhos" do Italii. Okazała się przedziwnie trudna i nieco przydługa i zdawałoby się że człowiek który okazał się jej wspaniałym budowniczym stracił przez te kilka tygodni ładnych parę lat życia. Nie mówiąc o kolejnych rwanych z uszu słuchawkach, które w jego dłoniach okazują się kruche niczym fistaszki. Pokażcie mi drugiego takiego szkoleniowca, reagującego z tak ogromną energią i pasją na to co wyprawiają jego podopieczni. Gdzie w zasadzie każdą akcję mógłby rozebrać na kilkanaście drobnych szczegółów. Nie od wczoraj jest swoistą ikoną całej reprezentacji. Niestety wczoraj nie dane mu było cieszyć się na koniec. Amerykanie nad dojściem do finału pracowali bardzo sumiennie. Zwyciężyli w grupie "śmierci" (Rosja, Serbia i Bułgaria). Na swoim terenie przegrali tylko raz z Bułgarią, za to trzykrotnie pokonali Rosję którą ostatecznie wyprzedzili w tabeli jednym wygranym setem. W półfinale zmietli wspomnianego "czarnego konia" Persji i stało się jasne że o wszystko zagrają z wieczną Brazylią. Jej nie przestraszyli się ani trochę, co więcej wygrali premierową partię 31:29 w dość dramatycznych okolicznościach. Po cichu liczyłem aby ten mecz miał właśnie taki przebieg, żeby Amerykanie nie stracili zbyt szybko chęci do gry i nadal stawiali się utytułowanemu przeciwnikowi. Niestety po ponad godzinie gry było już 1:1 i kiedy wydawało się że "kanarkowi" złapali już odpowiednie tempo gry to USA rozpoczęło swoją wielką grę, dyktując ciężkie warunki. Stało się to zupełnie niespodziewanie dla Brazylii ale za to korzyścią dla całego widowiska. W którymś momencie murowany faworyt za wszelką cenę chciał się znaleźć w tie-break'u. Nic z tych rzeczy. To USA zameldowało się na najwyższym stopniu podium spychając w cień podopiecznych Rezende. To właśnie tą mistrzowską ekipę gościć będziemy w przyszłym roku w Polsce, podczas kolejnej edycji World League.

 

 

17:50, danielsad
Link Komentarze (4) »
niedziela, 13 lipca 2014

Cztery ekipy w finałowym turnieju w Sydney, nie należały do siatkarskich potęg. W końcu rozgrywki tzw. drugiej dywizji to poniekąd druga liga Ligi Światowej. Największe szanse na zwycięstwo i bilet do Włoch dawano oczywiście faworyzowanym Francuzom. Oni jak wiemy do Florencji jednak nie pojadą. Ich miejsce zajęła dość niespodziewanie Australia, która pokonując ostatecznie "kogutów" 3:2 melduje się jako ostatni uczestnik Final Six. To co boleśnie odczuli "trójkolorowi" w finałowym odcinku, pamiętamy i my z Igrzysk Olimpijskich. Wtedy to otrzymaliśmy bolesną lekcję siatkówki w spotkaniu który miał być spacerkiem, a który okazał się dramatem po którym widmo gry z Rosją o medale stało się przykrym faktem. Dziś Australia znów chodzi z podniesioną głową i jest pół metra ponad wszystkimi. Pokonanie Holendrów, dziś trzecioligowców, nie było jeszcze wielkim sukcesem. Dzień później bitwa z Francją, obudziła z pewnością wielu siatkarskich niedowiarków (w Sydney, w chwili zakończenia spotkania było grubo po północy). Francja okazała się łakomym kąskiem. Przeciwnikiem stawiającym swoje warunki ale pozwalającym na to aby do końca wierzyć w szczęśliwy finał. Nawet w końcowej fazie tie-breaka, kiedy odskoczyła na dwa punkty i było 13:11 dla przyjezdnych, podopieczni Uriarte nie tracili zimnej krwi. Przy "czasie" drwiąca mina Erwina Ngapetha już w myślach fetowała zwycięstwo. Chwilę później to Australia po 15 latach zapewniła sobie lot ku spotkaniu w elitarnym gronie. Na tle potęg, które znalazły się w nim wcześniej, "kangury" wyglądają co prawda dość skromnie ale mimo to nie przekreślałbym ich zbyt wcześnie. Głowy będą mieć czyste od wszelkiej presji i tym podobnych, a to niezwykle ważne na tym etapie. Co ciekawe rola swoistego przewodnika w drużynie, jakim został mianowany Tomas Edgar, wtłoczyła nową energię w pozostałych zawodników. Nikt już dziś nie powie że tylko on potrafi grać w reprezentacji. Wspomagany przez Sandersona, Whita czy Carolla może być nieco odciążony od ciągłych ataków. Rozgrywający Sukoczew doskonale to rozumie. Australia gra trochę jak USA. Niby gdzieś tam w cieniu ale gdy trzeba to swoje wygrywa. Naturalnie nie są to dobre informacje dla naszej kadry. Przy tak grającym przeciwniku na M.Ś. możemy mieć spore problemy.

niedziela, 06 lipca 2014

Pokonując dwukrotnie Iran w Lidze Światowej, odbudowaliśmy nadzieję na Final Six w Lidze Światowej. Oficjalnie mówiło się o "podniesieniu się Reprezentacji". O tym że po kiepskich wyjazdowych spotkaniach, pokąsaliśmy Irańczyków tą samą bronią. Statystycznie nawet tak się to ułożyło że wygraliśmy w z Nimi w identycznym stosunku co Oni z nami (3:1 i 3:0). Od początku wiadomo było że Iran nie przyjechał do Polski oddać się nam na srebrnej tacy. Co więcej, w pierwszym podejściu mieliśmy namiastkę walki rodem z gali KSW. Rzecz niespotykana w siatkarskim świecie, a jednak Iran pokazał swoją prawdziwą twarz i ruszył wyjaśniać pewne sprawy za pomocą rękoczynów. Na polskim froncie brylował wówczas Krzysiek Ignaczak który nie pozostawał dłużny wobec czynów przeciwnika. Aż strach pomyśleć gdyby w naszej drużynie obecny był by Michał Kubiak... W sportowym duchu pokonanie Iranu pozwoliło nam uwierzyć że "nie taki diabeł straszny", a dobra gra z piątku, miała swoje przełożenie na sobotnie spotkanie. Niewiem jak Wy ale ja wciąż miałem wrażenie że ciężko zdobywane przez nas punkty, są odrabiane przez Iran z rozbrajającą swobodą. Prowadzić z przewagą dwóch punktów z tak niekonwencjonalnym przeciwnikiem, to tak jakby właściwie z nim remisować. Dopiero przy pięciu, sześciu oczkach można było chwilę odetchnąć a i ona nie trwała zbyt długo. Drużyna Antigi pokazała mimo to ogromną chęć gry i zasłużenie wygrała. W jej szeregach mamy, coraz bardziej świecącą nową gwiazdę, w osobie Rafała Buszka, który niczym as z rękawa objawił się jako mocna konkurencja dla Kurka czy Winiarskiego. Pomyśleć że reprezentant kraju w minionym sezonie w ekstraklasie, nie zawsze miał podstawowe miejsce w olsztyńskim AZS-ie. Sądzę że po drugim odcinku z Iranem, zapewnił sobie raczej pewną pozycję w kadrze na mistrzostwa świata i to nawet kosztem Mateusza Miki, którego bije na głowę choćby mocną zagrywką. Upojeni ostatnimi dwoma zwycięstwami nie możemy zapominać o istotnym fakcie posiadania jednego atakującego w ekipie Antigi. Jest nim z pewnością Mariusz Wlazły. Forma Konarskiego niebezpiecznie faluje, Bociek zmaga się z kontuzją. Jakaś alternatywa? W obecnym przypadku, kiedy występ Wlazłego jest wykluczony również z powodu kontuzji mamy tylko jedno wyjście. Stworzyć drugiego Mariusza. Śmiem twierdzić że jego zmiennicy (o ile tacy istnieją) nie będą w stanie zastąpić go w żadnym przypadku. To jest taki nasz Ivan Zaytsev lub Cvetan Sokolov. Gracz od trudnych lub bardzo trudnych zadań, który mimo napotykania trudności, nadal dysponuje czymś więcej od swoich kolegów. W przypadku jego absencji, naturalnym podejściem staje się podział ról atakującego, na wszystkich przyjmujących. Pamiętajmy że wspomniany Rafał Buszek także był kiedyś "atakerem". Kto wie, może to jest jakaś opcja przyszłościowa. Wracając do Ligi Światowej, aby znaleźć się we Florencji, musieliśmy liczyć na dwa sety Włochów w spotkaniu z Brazylią. Liczyliśmy że Ci pierwsi mogą się o to usilnie postarać, wyrzucając tym samym "kanarkowych" poza Final Six, a wpuszczając tam Polaków. Rację miał Krzysztof Wanio, który w telewizyjnej transmisji podkreślał że nam jest potrzebny ten wyjazd nie po to aby piąć się w górę hierarchii "Światówki" ale po to aby grać jak najwięcej, aby się zgrywać ze sobą i wciąż ćwiczyć pewne schematy a także próbować nowych. Przez chwilę więc wszyscy byliśmy Italią. Sam liczyłem na kosmiczną grę Ivana Zaytseva, który nierzadko sam potrafił zdecydować o losach meczu. O dobre prowadzenie gry przez Dragana Travicę i wspomaganie na skrzydłach Parodiego z Kovarem. Przypomniałem sobie Brazylię która przegrała z Polską. Pomyślałem o tym że wygranie z nimi dwóch odsłon nie powinno być problemem dla ośmiokrotnych triumfatorów World League. Po trzech partiach i prowadzeniu przez Canarinhos  w meczu 2:1, Brazylijczykom wystarczyło trzymać Włochów na dwa, trzy punkty od siebie aby być pewnym powrotu na Półwysep Apeniński. Chcąc nie chcąc zobaczyliśmy Brazylię taką jaką znamy od wielu lat. Pokrywającą każdy metr boiska, będącą wciąż w natarciu i wciąż produkującą naprawdę dobrą siatkówkę. Taki stan rzeczy pozbawia nas wyjazdu do Florencji ale na Niej świat się nie kończy. Zrobiliśmy w tej edycji Ligi Światowej naprawdę dużo. Należy pamiętać te wszystkie nasze dobre spotkania aby móc je przekuć na sukcesy w mistrzostwach świata. Nieco więcej urlopu dla naszych siatkarzy niech wpłynie nań regenerująco a zarazem mobilizująco. Pamiętajmy o tym że najważniejszy cel dopiero przed nami.

19:25, danielsad
Link Komentarze (1) »
Tagi