RSS
niedziela, 29 września 2013

Najpierw skutecznie wycelował w zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Następnie z Reprezentacją Rosji zdobywa Ligę Światową, a dzisiejszego wieczoru przechodzi do historii jako ten który odniósł historyczny sukces, po raz pierwszy zdobywając Mistrzostwo Europy dla swojego kraju. Andrei Woronkov czego się nie dotknie, to zamienia w złoto. Panowie więc powtarzają sukces pań na starym kontynencie. Rosyjska siatkówka przeżywa swoiste apogeum możliwości i kto wie czy w takim położeniu nie zabawi jeszcze przez dłuższy czas. Zwłaszcza że na horyzoncie niema jak na razie nikogo kto mógłby jej w tym skutecznie zaszkodzić. Kapitalne warunki fizyczne jakimi dysponują Rosjanie w połączeniu z niemałą inteligencją i nierzadko wyrafinowanym zagraniom, zamazują ich obraz jedynie siłowych rozwiązań pod siatką. Najlepszym zawodnikiem turnieju został wybrany rosyjski środkowy Dmitrij Muserski. Siatkarz który skacząc do bloku zasłania słońce, a ponadto dysponuje ogromną siłą rażenia w zagrywce. Do tego poprzedni selekcjoner w Reprezentacji pamiętał także o Jego walorach, jako gracza atakującego. Swoją drogą dobrze że podczas spotkań w tym turnieju, nie manifestował swojej radości na sposób libero bułgarskiej drużyny Teodora Salparowa, który po zdobyciu cennego punktu, skakał na plecy swoich kolegów. W przeciwnym razie kilka kręgosłupów rosyjskich graczy nadawałoby się do solidnej regeneracji. Czy nasi polscy środkowi, wyglądający obok niego jak chucherka, będą kiedykolwiek w stanie przeistoczyć się w maszyny do wykańczania (ataków)? Dopiero po finałowym spotkaniu widać do czego musimy aspirować, jakich zawodników wychować lub od nowa stworzyć aby choć trochę zbliżyć się do siatkarskiej czołówki. Mam wrażenie że drudzy finaliści, Włosi doskoczyli do tego finału nieco łatwiejszą drogą. Trafili na dość łatwą grupę, choć zajęli w niej drugie miejsce ustępując miejsca Belgom. Późniejsza przeprawa mogła zakończyć się już na półfinale ale koleżeńscy Bułgarzy po raz kolejny okazali się dżentelmenami. Nie tylko przegrali walkę o finał ale po raz kolejny na dużej imprezie, oddali ostatecznie miejsce na podium. Reprezentacja Azzurich może także czuć się wygranymi tych mistrzostw. Powtórka sprzed dwóch lat i po raz kolejny zdobyte srebro, nie jest ujmą. Zwłaszcza w konfrontacji z dużo silniejszymi zespołem. 

sobota, 28 września 2013

Choć w dzisiejszej Reprezentacji Rosji nadaremno szukać takich nazwisk jak Tietuchin, Volkov, Baranov, Kazakchov czy Egorczev, choć tamci gracze stanowili o kosmicznej sile narodowego zespołu, to także dzisiaj mamy kolektyw zza wschodniej granicy który rządzi i dzieli w światowej siatkówce. Rewanż sprzed dwóch lat i pozbawienie Serbii, obrony tytułu dobitnie świadczy o klasie tej super nacji. Jawi nam się Rosja jako drużyna z której chyba każdy trener, chciałby mieć kogoś po trochu w swoim zespole. Niekoniecznie kilku bądź całego jednego gracza. Niech będzie jego część, jego ponad ludzkie zdolności dzięki którym będzie można zrobić istotną różnicę we własnym podwórku. Po chwilowej niedyspozycji na początku obecnej imprezy, ociężały kolos ruszył w kierunku zagarnięcia kolejnego trofeum. Mistrzowie Olimpijscy i zdobywcy tegorocznej Ligi Światowej, chcą wziąć wszystko na polsko-duńskich rozgrywkach. Sądząc po falującej formie i zbyt powolnym rozkręcaniu się Włochów, można w ciemno obstawiać ich zwycięstwo. Wicemistrzom Europy brakuje za to skuteczności zwłaszcza w pierwszych akcjach i świeżości, która aż nadto widoczna była w premierowej odsłonie półfinałowego pojedynku. O ile Bułgaria pozwoliła im na swoiste otwarcie, o tyle Pavlov i spółka mogą nie dopuścić na odpalenie swoich armat, które jak widzieliśmy potrzebują sporo czasu na odnalezienie się na piłkarskim stadionie. Czy kolejny, już niestety ostatni odcinek w europejskim serialu przyniesie choć trochę sensacyjnych rozstrzygnięć ? Mimo wielkiej czwórki znajdującej się w strefie medalowej, taka opcja chyba nadal wchodzi w grę.

wtorek, 24 września 2013

Dwa naprawdę świetne sety w wykonaniu Polaków, mocno zaostrzają nasze apetyty na łatwe zwycięstwo nad zawsze silnymi Bułgarami. Trzecia odsłona to przebudzenie przeciwnika i jasny sygnał że ta wojna jeszcze potrwa. Kluczem do zwycięstwa w całym meczu musi być niesamowita dokładność i precyzja w każdym elemencie. A więc w zasadzie to czego nam brakowało w poprzednich spotkaniach. Nie można odmówić nam zaangażowania i walki ale praca nad szczegółami nadal nie została wykonana. W pewnym momencie, w czwartej partii, każdy punkt zaczął potwornie wiele ważyć. Choć wtedy już Bułgarzy byli do przodu zawsze z dwoma, trzema punktami, a przecież walczyli o przeżycie, to my wyglądaliśmy na takich co muszą wygrać. Widmo tie-break'a zajrzało nam w oczy swoimi wyłupiastymi oczami. Grać set za set i walczyć w piątej odsłonie, a prowadzić 2:0 i znaleźć się w tej niekorzystnej sytuacji, to diametralna różnica. Goniliśmy w tym turnieju już wielokrotnie. Ponownie udało się dojść przeciwnika i grać na przewagi. Już wydawało się że jesteśmy blisko celu a jednak... Piąty set stał się rzeczywistością. W jednej chwili to Bułgaria ponownie urosła w siłę. Mecz rozpoczął się od początku. Wtedy też dochodzi do karygodnego błędu sędziego, który puszcza tak widoczny błąd Cvetana Sokołova. Trzeba mieć stalowe nerwy aby nie ściągnąć arbitra z jego wysokiego położenia i samemu próbować coś wytłumaczyć. Ten pozostanie nieugięty i pokaże nam jeszcze żółty kartonik. Anastasii weźmie czas. Z sędziom nie wygramy ale walczyć trzeba. Nerwy i opanowanie są po naszej stronie. Uciekniemy nawet na trzy punkty, gdzie wydaje się że w tym momencie wystarczy grać akcja za akcję. Nic z tego. To jest Bułgaria. Strata czterech oczek z rzędu to znów nerwówka. Walka punkt za punkt powoduje że emocję sięgną przysłowiowego Zenitu. Nie ma czasu na to aby próbować znów odskoczyć. Co więcej. przewaga dwóch punktów przeciwnika powoli ustawia wynik tego meczu. Czyżby? Nagle znowu jest po 13. Jaką trzeba mieć odporność aby to zwyciężyć? Jeden meczbol dla Bułgarów ale ich As Sokołov, psuje zagrywkę. Druga piłka meczowa także obroniona. W obecności kilkunastu tysięcy widzów i milionów przed telewizorami trwa w najlepsze ponad dwu i pół godzinny horror w Ergo Arenie. Trzecia piłka meczowa również nie wykorzystana. Idę po Valerin Max... Bułgaria ma kolejnego meczbola i... niestety sen Polaków o strefie medalowej kończy się potwornie nieprzyjemnym przebudzeniem. Prowadziliśmy 2:0 aby przegrać 2:3. Kończą się dla nas Mistrzostwa, kończy się, mam wrażenie, pewien etap w sportowym życiu siatkarzy. Czyżby dla naszego selekcjonera skończył się właśnie pobyt w naszym kraju? Wieczór który miał być doskonałą zabawą, staję się siatkarskim dramatem.

sobota, 21 września 2013

O ile na pierwszy ogień miała być drużyna lekka łatwa i przyjemna do przejścia, o tyle w kolejnej batalii czekali już zdecydowanie bardziej utytułowani rywale. Nasi siatkarze lubią jednak pisać własne scenariusze wydarzeń i w zasadzie to co ma być pewniakiem, staje się wątpliwością.
W drugą stronę takiej obawy niestety niema. Choć spotkanie z Turkami, szczęśliwie zakończone zwycięstwem, po raz kolejny ukazało tą chwiejną postawę polskiego zespołu. Postawę której moglibyśmy się wreszcie doszczętnie wyzbyć, gdyby nie nasze pohukiwania co do małości i kiepskiej gry przeciwnika. Czas był po jego stronie. Mam wrażenie, że gdyby jakimś cudem Turcy dotarliby do tie-break’a, zamiast bezcennych trzech punktów, moglibyśmy pozostać tylko z jednym. Przypominali trochę rozjuszony zespół Iranu, który jak pamiętamy pogonił w Lidze Światowej samych Serbów czy Włochów. Na szczęście dla nas, brak kolektywu ze strony oponentów, stał się ostateczne szczęśliwym zakończeniem. Kapitalne posunięcie Andrei, który wpuszcza na decydujące serwisy nie grającego przez cały mecz Lukasza Wiśniewskiego, okazało się doskonałym wyborem. To też ciekawostka; Meczu nie kończy udany, mocny atak czy silny serwis ale lekka i wydawałoby się łatwa zagrywka. Kolejny, istotny element do wyuczenia w dzisiejszej siatkówce.

Mecz z Francją to znane nam dobrze pójście ciosu za cios. Nie było mowy o odpuszczeniu choćby na krótką chwilę. Czuliśmy że to może być takie spotkanie w którym decydować mogą nieznaczne, jak się na początku okaże, szczegóły. A jednak to one budowały wynik w tym meczu. To one decydowały o powodzeniu w danej akcji. Chwila zawahania pozwalała odjechać przeciwnikom na kilka punktów. Głos Anastasiego stawał się coraz bardziej donioślejszy. Jego coraz krótsze treściwe wskazówki musiały w końcu znaleźć swoich adresatów. Miałem wrażenie że nasze usilnie zdobywane punkty kosztują nas zdecydowanie więcej energii niż ekipę "Trójkolorowych". Oni grali lekko, wychodziło im w zasadzie wszystko a dokładali do tego perfekcyjne przygotowanie techniczne i niezbędną w takich meczach grę w obronie. Wątpliwym dla mnie było obsadzenie w tym spotkaniu dwójki sędziów. Serb i Anglik nie byli w stanie sprostać jakości tego widowiska. Nie oglądając się na niesprzyjające warunki w jakich przyszło walczyć, należało spojrzeć głębiej w siebie. Znów gonić wynik, zaskoczyć czymś nowym i próbować odbudować się raz jeszcze. Ponownie starczyło na seta. To za mało. Choć to już powoli odległa historia, to cztery lata temu po spotkaniu z Francją byliśmy w tej samej imprezie co dziś najszczęśliwszym narodem na kontynencie.

Wojciech Drzyzga użył podczas transmisji sformułowania dotyczącego Francuzów iż jest to "Brazylia Europy". Coś w tym jest. To oczywiście zupełnie inny zespół niż kilka lat temu. Dużo bardziej doświadczony, złożony z graczy figurujących w najsilniejszych ligach w Europie. Kto wie, może nawet czarny koń tych rozgrywek.

 
1 , 2
Tagi