RSS
niedziela, 21 września 2014

Pięć lat temu skakaliśmy z radości kiedy zostaliśmy Mistrzami Europy. Dwa lata temu byliśmy najlepsi w Lidze Światowej. Dzisiejszy sukces przyćmiewa jednak każdy inny medal. Pokonanie Brazylii w wielkim finale to coś o czym nawet nie marzyliśmy, to ogromny sukces, prawdopodobnie największy w dziejach polskiej siatkówki, porównywalny ze złotem Wagnera ale zdobyty czterdzieści lat później, wynoszący nas na niespotykane dotąd szczyty w siatkarskim świecie. Obalamy mit o tym że z Brazylią potrafimy wygrywać w meczach o pietruszkę, to już przeszłość. Najlepsi na świecie są polscy siatkarze.

Skoro premierową odsłonę potraktowaliśmy jako przetarcie w tym finale, to drugi set miał być tym w którym zaczniemy grać naszą siatkówkę. Tak było do stanu 17:11 dla naszej ekipy, później zaczęły się schody. Szybko wyczuliśmy że samą siłą nie pokonamy Canarinhos. Nasze kiwki też nie były zawsze udane, a zbudowana przewaga stopniała właściwie w mgnieniu oka. Okazało się że trzymanie Brazylii na kilka punktów nie pozwala nam grać spokojniej. Potrzeba było czegoś więcej. Chwilami wchodziliśmy na ten swój nieosiągalny dla nikogo poziom i graliśmy jak w transie ale wydawało się, nie pierwszy raz zresztą, że mozolnie zdobywane punkty, są zbyt szybko tracone. Mimo tego druga odsłona należała do nas. Odpowiedzieliśmy tym czym początkowo zaskoczyli nas Brazylijczycy. Bezczelnością i wyrachowaniem w ciężkich momentach. To był też sygnał że nie boimy się stawki tego meczu. Nie było cienia presji, która we wcześniejszych meczach wkradła się w nasze szeregi. Na szczęście nie dziś, nie przy takim spotkaniu. Rozpoczęliśmy po raz drugi ten finał. Okazało się że przez większą część tego seta dojdzie do walki punkt za punkt, do siatkarskiego zwarcia obu zespołów, do tego co najpiękniejsze w tym sporcie. Co też trzeba było zrobić aby ponownie odskoczyć od oponenta. Ta partia musiała się przecież kiedyś skończyć. No i stało się, wygraliśmy ją w pięknym stylu. Nagle okazało się że jesteśmy nieco bliżej tak upragnionego tytułu, a jednocześnie tak samo daleko. Nie można było zapominać o tym że to jest jednak wielka Brazylia. Czwarta partia już jakby w innym wymiarze czasowym, gdzieś tam w oddali tliła się nadzieja na to co jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się w zasadzie niemożliwe. Aż wreszcie udało się powtórzyć to co czterdzieści lat temu. Jesteśmy Mistrzami Świata !!!

23:34, danielsad
Link Komentarze (2) »
sobota, 20 września 2014

Gdy Mariusz Wlazły prawą nogą chciał jeszcze przedłużyć nasze życie w drugiej partii półfinału z Niemcami, pomyślałem że czas wszystko zaczynać od nowa. Będzie remis. A jednak, nic z tych rzeczy. Wtedy jeszcze mieliśmy więcej szczęścia niż... umiejętności. Okazało się że ten wieczór i tak potrwa nieco dłużej niż sądziliśmy. Jak to ? Przecież o finale w tym turnieju trąbiliśmy już po niesłychanym boju z Rosją. Z Niemcami to miała być tylko formalność. Bałem się że takie rozumowanie zagnieździ się w głowach naszych siatkarzy, że gdzieś tam nie uniosą tej presji i wyniku który cała Polska poznała już dużo wcześniej. Odniosłem też wrażenie że im dłużej będziemy grać z podopiecznymi Heynena, tym gorzej dla nas. To nie była ta nasza dobra gra, znana z wcześniejszych spotkań. Do tego zaczęło dochodzić zmęczenie. Za to wspomniany Mariusz wyglądał jakby tylko co jakiś czas podładowywał akumulatorki i ruszał do walki. Reszta zespołu podążyła za nim. Udało się. Po najbrzydszym i zarazem najpiękniejszym meczu w tej imprezie znaleźliśmy się w wielkim finale. Mamy medal Mistrzostw Świata. Ma rację Jurek Mielewski mówiąc że już jest pięknie a może być jeszcze piękniej. Dla takich chwil przecież warto żyć.

wtorek, 16 września 2014

Sukces który narodził się podczas tego weekandu wśród naszej męskiej kadry, był dla mnie dość mocno wysmakowanym daniem. Toczony z Iranem a wcześniej z Włochami bój na śmierć i życie, był niczym horror na motywach powieści Stephena Kinga. Dominująca niepewność, przeplatanka nastrojów i zwłaszcza z Persami ten wzrastający niepokój który osiągnął swoje apogeum w ostatniej odsłonie tego przedstawienia. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Mamy w końcu ekipę która nie boi się presji i która walczy jak przystało na gospodarzy tego turnieju. Niczym wytrawny biesiadnik, wciąż siedzi przy stole, z coraz to mniejszą liczbą gości. Próbują ją złamać, a mimo to kolejne "sety", są przez nią pochłaniane i w momencie kiedy inni już się zepsuli, ona nadal ma twardą głowę.

Nadszedł czas prawdy. Prawdy o tym jak jesteśmy silni i czy zespoły Brazylii i Rosji są w naszym zasięgu. Nie ma co ukrywać że jedna i druga formacja jest do pokonania chociaż wiemy że w naszych głowach usilnie krążą nieprzyjemne statystyki z fazy grupowej. Liczba przegranych: 0. Mowa oczywiście o kanarkowych. I pomyśleć że najbliższej sensacji w tym turnieju była nikomu nie znana Korea. Ma się wrażenie że zespół Bernardo Rezende ma w Polsce zamiast czternastu chłopa, kilka razy więcej. To flota siatkarzy którzy wiedzą jak dostosować się do czasu i miejsca. Mecz o pietruszkę odpuszczą, mając zupełną pewność że w meczu o wszystko ten globalny mechanizm po raz kolejny nie zawiedzie. Podobnie Rosja. Grająca wszystkimi możliwymi sposobami. Posiadająca w składzie zawodników o ponad ludzkich umiejętnościach i niespotykanych nigdzie indziej warunkach fizycznych. Kąsająca mocno i poprzez naszą siatkarską historię pozostająca na długo w głowie. Na tym tle Polacy muszą udowodnić że można nadgryźć choć jedną z nich. Włożyć wszystkie siły w ten jeden pojedynek i wejść do czwórki w tej niekończącej się opowieści o medalu.

Tagi