RSS
niedziela, 08 stycznia 2017
Szlagierowe spotkania w siatkówce mają to do siebie że 1.nie mogą się skończyć (może strzelimy po parę karnych, bo się ściemnia?) albo 2.zupełnie inaczej, trwają znaną co niektórym "godzinę z prysznicem". Przy pierwszej opcji zamieńmy karne na serwisy w rozłożoną chustkę o wymiarach metr na metr lub zagrajmy maksymalnie cztery partie i może spotkanie skończy się remisem (skąd my, amatorzy z łódzkiej Ligi to znamy ?) Gdy jakieś piętnaście lat temu do Bełchatowa przyjeżdżał kędzierzyński Mostostal, byliśmy świadkami tej drugiej wersji. Świderski, Papke, Chadała, Musielak, Prus, Szczerbaniuk i Gerymski sprawę załatwiali szybko. Emocji w tych czasach i pomiędzy tymi zespołami, często było jak na lekarstwo. Tyle historii. Wczoraj pierwszy z nich obserwował swoją drużynę z loży VIP-ów. Z pewnością jego dobry nastrój, zmieniał się wraz upływem czasu. Scenariusz sobotniego spektaklu mógłby posłużyć do napisania siatkarskiego thrillera o spotkaniu na szczycie. Oto gospodarze prowadzą przez prawie całą pierwszą partię, po to aby oddać ją w końcówce. Gdy wszyscy liczą na dobrą druga odsłonę, mistrz Polski dalej kontynuuje swe dzieło i wydaje się, że to spotkanie do jednej bramki nie potrwa zbyt długo. Po dziesięciu minutach przerwy, na kolejne starcie wychodzą już inni zawodnicy. Tzn. ci sami ale jednak inni. Sformatowani na nowo. Dobra, myślą sobie, teraz to już nie ma gdzie się odwrócić. Trzeba zacząć grać. Ludzie w końcu przyjechali, zapłacili pięć dyszek żeby zobaczyć kawałek dobrej siatkówki. Popis żywiołowej gry, walki o każdy metr i dwa siatkarskie elementy zadecydują o zwycięstwie gospodarzy. To przede wszystkim zagrywka i blok, zwłaszcza od zawodników którzy nie zachwycają we wcześniej grze. Mam na myśli Szalpuka i Lisinaca, a także nie dość dobudzonego Penczewa. Za to MVP, całego spotkania to osobny rozdział. Jego równa gra i pewność w decydujących momentach okażą się równie kluczowe dla końcowego wyniku. Bożyszcze kibiców, idol do naśladowania dla nas amatorskich klepaczy i absolutny lider zespołu, Mariusz Wlazły ponownie pokazał klasę. Gdzieś tam po cichu liczyłem na jego kosmiczną grę w ataku i atomowe serwisy, zwłaszcza gdy można było obejrzeć go na żywo. Kolejny raz rejestrowaliśmy obrazki z innego świata, z innego życia, obserwując tych którzy swoją pracą tworzą kolejną, współczesną historię. Znajomi po meczu wspomnieli o tym aby zaznaczyć we wpisie fakt o starej, siatkarskiej zasadzie. Nieco wyświechtanej i dla wielu już nudnej od ciągłego przypominania. Komentatorzy z Polsatu jednak wykazali się intelektem i mieli ciekawsze tematy do podsumowania spotkania. No fakt, potwierdza się ona po raz kolejny ale w jakże miłym dla nas, fanów Skry momencie. Powtórzę się z kliku notek wczesniej, ale telewizyjny przekaz nie oddaje tego co widzieliśmy będąc w hali "Energia". Z kilkunastu metrów wyżej wszystko wydaje się takie inne i tak proste do wykonania. Skaczą, uderzają, zdobywają punkt. Podrzucają piłkę i serwują z prędkością dochodzącą do 117 kilometrów na godzinę. Po drugiej stronie odbierają tą siłę, czasami na drugą stronę ale nierzadko "na nosek". Taka wydawałoby się prosta do wykonania rzecz. No dobra, to idziemy grać.
19:20, danielsad
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 grudnia 2016
Rok 2016 był bardzo oczekiwanym czasem w polskiej siatkówce. Mieliśmy stanąć na podium Igrzysk Olimpijskich. Ba, niektórzy widzieli nas w samym złocie, zaślepieni wizją kolejnych sukcesów, a w rzeczywistości mocno falującej grze drużyny. Sami siatkarze musieli mieć ambitny cel. Wygłodniałej od braku sukcesów publice, nasz kapitan nie raz wypalił że mierzy w złoto. A cóż miał powiedzieć? Że sukcesem był sam awans, że mieliśmy więcej satysfakcji i radości po turniejach w Berlinie i późniejszym Tokio. W końcu że z tych ciężkich przepraw przed turniejowych (z Ligą Światową włącznie) mieliśmy być dużo mocniejsi i mierzyć wysoko, a skończyło się tak jak skończyło... Pokłosiem tamtych wydarzeń było zwolnienie człowieka, który jeszcze niedawno był kolegą z boiska, bardzo szybko stając się bożyszczem w siatkarskim świecie, ostatecznie kończąc tak jak jego wszyscy, zagraniczni poprzednicy. Średnia dwa lata z naszą kadrą to max. Czuję że nawet gdyby francuz zdobył jakiś medal w Rio (nie mówię że od razu złoty) to prezes Kasprzyk i tak chciałby jakiś zmian, jakiś nowości na stołku. Zresztą Antidze skończył się kredyt zaufania wśród samych zawodników którzy otwarcie liczyli na znaczące zmiany. Doczekali się. Fernando de Giorgi będzie miał jednak nie lada orzech do zgryzienia. Po objęciu sterów przez Włocha, co niektórzy pewnie już teraz, zaraz chcieliby medalu. Nieważne że najbliższa okazja dopiero za kilka miesięcy. De Giorgi zdobył kadrę, usilną pracą i mistrzostwem Polski w Kędzierzynie. Wszyscy wiedzą jak konsekwentnym i upartym jest szkoleniowcem, mimo to każdy nowy trener musi zacząć od jakiegoś sukcesu. To w naszej siatkarskiej historii pewien schemat którego nie można nie powielić. Trzeba coś zdobyć tak na dobry start. Skoro zespół Antigi i Blaina, w mijającym roku, trzymał się kurczowo jednej dwunastki, to w kolejnym sezonie zmiany są potrzebne jak tlen. Plus Liga już pokazała że mamy w klubach wielu zastępców na poszczególne pozycje. Pytanie jak wcielić ich w zespół tak aby znaleźć odpowiedników nie tyle Winiarskiego czy Wlazłego ale chociaż Lucarellego, Wallace'a czy Kliuki i Bakuna. Skoro potęgi z Brazylii i Rosji potrafią właściwie co roku wyprodukować tak znaczących zawodników w swoich drużynach to i my w końcu musimy umieć tworzyć nasz siatkarski narybek z odpowiednim transferem do pierwszej drużyny. To też zadanie dla nowego opiekuna. Miało być podsumowanie a wyszło trochę o przyszłości w nowym roku. Nie można nie wspomnieć o naszej klubowej piłce. Asseco Resovia po raz kolejny (rok po roku) stawiła się w finale czterech. I już. Nie trzeba wspominać o tym że tym razem byliśmy organizatorem tej imprezy i porównując zeszłoroczny finał z Kazaniem (ten z Berlina) i półfinał z Krakowa to pomimo urwanego jednego seta w tym roku, Rzeszów moim zdaniem lepiej zaprezentował się w Niemczech. Wtedy tą drogę do ścisłego finału musieliśmy wywalczyć sobie sami. Byliśmy dużo silniejsi. Teraz Rosjan dostaliśmy po grze w grupie i długiej przerwie. Sama Plus Liga to za mało aby w końcu pokonać europejskiego hegemona. Zresztą jak się póżniej okazało na ekipe Alekny nie ma mocnych na kontynencie. Zenit śrubuje rekord. Z pięciu ostatnich edycji Champions League wygrał aż trzy i wygląda na to że na zmiany się nie zanosi. No chyba że do Europy wpuścilibyśmy Brazylijczyków z Sady Cruzeiro. Ci nie dali Rosjanom nawet płakać i w klubowym wydaniu mistrzostw świata okazali się najlepsi. Na naszym krajowym podwórku Zaksa wykorzystała fakt że wśród najgroźniejszych przeciwników, ma uczestników właśnie Ligi Mistrzów. Żartobliwie mówiono że jest pierwsza w tabeli potem długo, długo nic i dopiero miejsce drugie. Tutaj też musimy wrócić do kunsztu de Giorgiego, bo o Kędzierzynie znów jest głośno i to nie tylko w Polsce. Czyżby w obecnym sezonie zmiana warty także na kontynencie, po Bełchatowie i Rzeszowie? Za rogiem na mistrzów kraju czai się już kolejny z rosyjskich osiłków czyli moskiewskie Dynamo. Po może nie bardzo udanym ale dość emocjonalnym i używając terminologii browarniczej, ekstrakcyjnym roku, możemy patrzeć w przyszłość z podniesioną głową. W ekstraklasie drużyny potrafią zaskoczyć dużo mocniejszego przeciwnika. W pucharach też (w większości) wygląda to obiecująco. Co do Reprezentacji jednego możemy być pewni, będzie o czym pisać i o czym dyskutować.
15:27, danielsad
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 20 grudnia 2016
Nie mogliśmy pokonać Włochów sportowo, więc trzeba było użyć techniki i przetrzymać niekorzystny wynik w czasie. Problem w aparaturze kodującej składy obu zespołów, spowodował kilkuminutową przerwę i okazało się że to może być nasza jedyna szansa aby doprowadzić chociaż i aż do piątej partii. W tym miejscu nie można mieć absolutnie żadnych pretensji do drugiego rozgrywającego Marcina Janusza, który najpierw skutecznie wybił Modenie odpowiednie przyjęcie ale podczas upragnionego remisu zepsuł swój serwis. To był kluczowy moment. Jeszcze wtedy można było podjąć tą walkę z mistrzami Italii. Złamać rywala w chwili jego słabości, maksymalnie złapać koncentrację bo przecież w tamtej chwili nie popełniliśmy jakiegoś głupiego błędu. Po prostu złapał nas dużo lepszy blok i było po meczu. Pytanie czy nasz młody rozgrywający dostał instrukcję żeby grać do Penczewa, choć prosiło się zagrać w tej akcji do Kurka... Tutaj jednak potrzeba doświadczenia, często siatkarskiego wyrafinowania, pewnych wrodzonych cech, które w takich sytuacjach są nieocenionym darem. Spójrzmy na Erwina N'gapetha który w chwili gdy jego opiekun wziął nerwowo ostatni "czas" on uśmiechał się drwiąco i niedowierzał że można było stracić ośmiopunktową przewagę. Po chwili coś tam szepnął sędziemu, wciąż wierzył że to się musi udać bez zbędnych problemów, jakby zupełnie pozbawiony był układu nerwowego. Zresztą przez cały mecz grał tak jakby od początku znał końcowy wynik. Bez zbędnego zaangażowania, jakby nie tracąc wcale sił. Bełchatowianie w Lidze Mistrzów stoją pod ścianą. O ile porażkę z Modeną można było w jakimś sensie wkalkulować w tej edycji rozgrywek, to przegrana w Rumunii już trochę negatywnie ustawiła ten zespół na samym początku. Teraz pozostaje tylko gonić i ciułać punkty o które wcale nie będzie łatwo tym bardziej że inni jeśli już przegrywają to po tie-breaku, a Skra po dwóch kolejkach nadal bez punktów.
21:09, danielsad
Link Komentarze (2) »
niedziela, 27 listopada 2016
Siatkówki się nie ogląda, siatkówkę się chłonie całym sobą kiedy tylko nadarza się ku temu okazja, a więc oglądać telewizyjne transmisję, a wybrać się na mecz to ogromna różnica. Można na żywo podejrzeć tych do których się aspiruje chociaż w małym procencie. Wejść dużo wcześniej na halę, zobaczyć całą rozgrzewkę tak aby nie pasjonować się samą grą ale całym przygotowaniem do niej. Jest spora szansa że z tej przed meczowej przystawki wyciągnie się jakieś nowinki, przede wszystkim personalne, dzięki którym danie główne smakować nam będzie jeszcze wyborniej. A poza tym rejestrujemy pewne zachowania, pewne schematy które później można samemu zastosować i nic nie szkodzi że od profesjonalnej ligi do własnej amatorskiej gry dzielą nas lata świetlne. Osobiście nie doskoczę przecież do poziomu Mariusza Wlazłego czy Bartka Kurka ale nie chodzi o to by podczas bloku górna taśma była na wysokości szyi czy np. klatki piersiowej jak robił to ŚP. Arek Gołaś, tylko oprócz stałych elementów często o samą kulturę gry. O to aby wchodzić we własny mecz z taką spokojną głową jak robią to zawodowcy. Nie podpalać się na samym początku gdy idzie za dobrze i nie zamartwiać się gdy pierwsze piłki są całkowitą klapą. Tak wiem że to się zawsze łatwo pisze. A wspomniane gwiazdy robią to od lat i po prostu znają się na swoim fachu. Co innego oglądać, a co innego grać samemu więc raz jeszcze podkreślam że w moim odczuciu to musi być proces tzw. małych kroków. Tu coś zobaczę, tam coś zapamiętam i może się uda zapanować nad większością nie zawsze kontrolowanych ruchów na boisku. Nie zawsze potrzebnych. Bywa też tak że podczas samego spotkania nie zawsze obserwuje się główną akcję. Spogląda się na rezerwowych, dlaczego akurat Ci, a nie inni są dzisiaj na głównym polu walki. Jak podchodzą do tego że nie grają. Czy faktycznie wszyscy cały czas są przygotowani do gry? Okazuje się że niekoniecznie. No chyba że trener wyraźnie da znak że któryś z nich za chwilę wejdzie na boisko. Wtedy zawsze widać kto się pojawi na zmianę. Wreszcie często smaczku do oglądanego spotkania dodają nam sytuację nie zawsze kontrolowane. Nie ma co ukrywać że telewizyjne transmisję nie oddają tego co dzieje się w nierzadkich zamieszaniach pod siatką. Nie życzę siatkarzom pozasportowych zachowań i awantur ale z drugiej strony to są w końcu te dodatkowe emocje gdy wynik na styku i nagle jedna akcja dzieli zwycięzców od pokonanych. Wprowadzony jakiś czas temu system Challenge mocno uspokoił ostatnio grę a mimo to iskry na boisku nadal czasami mają miejsce. Piątkowe spotkanie pomiędzy Bełchatowem i Katowicami, było używając terminologii piłkarskiej meczem do jednej bramki. Emocji jak na lekarstwo, a mimo to obraz gry widziany z siódmego rzędu dostarczył wielu ciekawych obserwacji. Może w końcówce była jakaś nadzieja przyjezdnych na odwrócenie wyniku i choć większość zgromadzonych kibicowała Skrze to ja tak po cichu liczyłem na jeszcze jednego seta. W końcu zapłaciłem za cztery partie to powinny być cztery.
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34
Tagi