RSS
niedziela, 27 listopada 2016
Siatkówki się nie ogląda, siatkówkę się chłonie całym sobą kiedy tylko nadarza się ku temu okazja, a więc oglądać telewizyjne transmisję, a wybrać się na mecz to ogromna różnica. Można na żywo podejrzeć tych do których się aspiruje chociaż w małym procencie. Wejść dużo wcześniej na halę, zobaczyć całą rozgrzewkę tak aby nie pasjonować się samą grą ale całym przygotowaniem do niej. Jest spora szansa że z tej przed meczowej przystawki wyciągnie się jakieś nowinki, przede wszystkim personalne, dzięki którym danie główne smakować nam będzie jeszcze wyborniej. A poza tym rejestrujemy pewne zachowania, pewne schematy które później można samemu zastosować i nic nie szkodzi że od profesjonalnej ligi do własnej amatorskiej gry dzielą nas lata świetlne. Osobiście nie doskoczę przecież do poziomu Mariusza Wlazłego czy Bartka Kurka ale nie chodzi o to by podczas bloku górna taśma była na wysokości szyi czy np. klatki piersiowej jak robił to ŚP. Arek Gołaś, tylko oprócz stałych elementów często o samą kulturę gry. O to aby wchodzić we własny mecz z taką spokojną głową jak robią to zawodowcy. Nie podpalać się na samym początku gdy idzie za dobrze i nie zamartwiać się gdy pierwsze piłki są całkowitą klapą. Tak wiem że to się zawsze łatwo pisze. A wspomniane gwiazdy robią to od lat i po prostu znają się na swoim fachu. Co innego oglądać, a co innego grać samemu więc raz jeszcze podkreślam że w moim odczuciu to musi być proces tzw. małych kroków. Tu coś zobaczę, tam coś zapamiętam i może się uda zapanować nad większością nie zawsze kontrolowanych ruchów na boisku. Nie zawsze potrzebnych. Bywa też tak że podczas samego spotkania nie zawsze obserwuje się główną akcję. Spogląda się na rezerwowych, dlaczego akurat Ci, a nie inni są dzisiaj na głównym polu walki. Jak podchodzą do tego że nie grają. Czy faktycznie wszyscy cały czas są przygotowani do gry? Okazuje się że niekoniecznie. No chyba że trener wyraźnie da znak że któryś z nich za chwilę wejdzie na boisko. Wtedy zawsze widać kto się pojawi na zmianę. Wreszcie często smaczku do oglądanego spotkania dodają nam sytuację nie zawsze kontrolowane. Nie ma co ukrywać że telewizyjne transmisję nie oddają tego co dzieje się w nierzadkich zamieszaniach pod siatką. Nie życzę siatkarzom pozasportowych zachowań i awantur ale z drugiej strony to są w końcu te dodatkowe emocje gdy wynik na styku i nagle jedna akcja dzieli zwycięzców od pokonanych. Wprowadzony jakiś czas temu system Challenge mocno uspokoił ostatnio grę a mimo to iskry na boisku nadal czasami mają miejsce. Piątkowe spotkanie pomiędzy Bełchatowem i Katowicami, było używając terminologii piłkarskiej meczem do jednej bramki. Emocji jak na lekarstwo, a mimo to obraz gry widziany z siódmego rzędu dostarczył wielu ciekawych obserwacji. Może w końcówce była jakaś nadzieja przyjezdnych na odwrócenie wyniku i choć większość zgromadzonych kibicowała Skrze to ja tak po cichu liczyłem na jeszcze jednego seta. W końcu zapłaciłem za cztery partie to powinny być cztery.
niedziela, 09 października 2016
Już od jakiegoś czasu trwające spekulacje odnośnie najbliższej przyszłości Bartka Kurka, zostały dzisiaj ostatecznie rozwiane. Wielki powrót do Bełchatowa stał się faktem. Już słyszę głosy, o tym że z Bełchatowa do Muszyny znacznie bliżej niż z dalekiej Japonii oraz nagłej poprawy stanu zdrowia, spowodowanej pomyślnym zakończeniem w kwestii transferowej. Bartek niewątpliwie należy do tych zawodników, o których co jakiś czas musi być głośno. Wszyscy doskonale pamiętamy rok 2014 i fakt że na krótko przed Mistrzostwami Świata czuł się na tyle pewnie w kadrze że został z niej usunięty. Po jakimś czasie jego powrót, odczytywany był jako obopólna symbioza dla Niego i reprezentacji. Był to jak się później okazało, krok całkiem udany. Wtedy z gry w narodowych barwach rezygnował trzon zespołu. Dziś siatkarz wraca na stare śmieci z zawodnikami z którymi święcił jedne z największych klubowych sukcesów. Dociekać jak w przypadku tej transferowej karuzeli wokół Bartka ostatnio było, nie zamierzam. Czy zadecydowało faktycznie zdrowie czy jednak wpływ na jedną z bardziej kluczowych decyzji w jego życiu miała "druga połowa" nie sposób określić. Możemy się jedynie domyślać. Szczerze mówiąc nie interesują mnie osobiste sprawy Bartka. Bardziej istotne dla mnie jest (choćby z faktu że od zawsze kibicuje Skrze) jak to teraz w tym Bełchatowie będzie. Czy faktycznie nowy, stary zawodnik, jak oficjalnie się mówi będzie grać na przyjęciu? Czy może stanie się alternatywą w ataku? Dla mnie obie opcje są ciekawą alternatywą. W pierwszym wyborze konkurencja na skrzydle, jeszcze wzrośnie. Niestety ale w tym wypadku nie widzę dużej szansy dla rozwijającego się Szalpuka lub Bednorza, na dłuższe pojawienie się na boisku. Bartek powróci, moim zdaniem do gry po przekątnej z Michałem Winiarskim lub ewentualnie z Nikołajem Penczewem. Pytanie, kolejne dziś zresztą, co z samym przestawieniem się zawodnika na pozycję którą ma co prawda wyuczoną, ale na której w ostatnich latach nie grał. Czy ma to być powrót nie tylko do klubu ale i do dawnego "pajpa"? Druga opcja bycia zmiennikiem dla Mariusza Wlazłego jest dla mnie dużo bardziej ciekawa. Wreszcie byłby to zawodnik który faktycznie wspomoże na tej pozycji ikonę Skry i na odwrót. Jedno jest pewne. Bartosz Kurek musi wejść od nowa w ten co kilku dniowy rytm meczowy, a nie będzie to łatwe. Tym bardziej że jego przerwa z siatkówką może nie była zbyt długa ale jednak miała podłoże również psychologiczne, o czym sam wspomniał. Swoiste boiskowe "wypalenie" z reguły nie jest przecież krótkotrwałym procesem. Trzymam się tego co powiedział o jednym z najlepszych miejsc do trenowania w kraju (Bełchatów) oraz o fakcie że wiekowo (28 lat) wchodzi w jeden z najlepszych okresów do gry w siatkówkę.
poniedziałek, 22 sierpnia 2016
Oglądając potyczki czterech wielkich drużyn na tych Igrzyskach, coraz bardziej odległa wydaje mi się przyszłości naszej kadry, na powtórzenie sukcesów jakich byliśmy świadkami podczas ostatniej dekady. W końcowych rozrachunkach najpierw USA z Rosją, a następnie Brazylia z Włochami, stworzyli siatkarskie przedstawienia godne spotkań o medale. Nas w tym szczególnym gronie nie było, bo mówiąc szczerze, być nie mogło. W momencie ważnego zwycięstwa nad Argentyną, spokojnie sunęliśmy dobrze znaną nam trasą, bo nie sądziliśmy jeszcze wtedy, że ekipy które tak słabo rozpoczęły ten turniej, tak mocno urosną w siłę po swoich wcześniejszych niepowodzeniach. Ślepo sądziliśmy że skoro Amerykanie mogli dostać lanie od Kanadyjczyków, raz jeszcze są do w miarę spokojnego ogrania. Spotkania ćwierćfinałowe nie ukazały jeszcze tego pokazu siły i prezentacji jak to się zwykło mówić siatkówki totalnej. Natomiast oglądając zarówno pojedynki półfinałowe jak i mecze o trzecie i o pierwsze miejsce, ujrzeliśmy grę która jest na dzień dzisiejszy dla nas niedostępna, której musimy się nauczyć od nowa, kto wie być może nawet z nowymi zawodnikami, jeśli nadal chcemy błyszczeć na świecie. Naturalnie nie odmawiam naszym chłopakom woli walki i silnej motywacji do tego aby zajść jak najwyżej. Jednak to jak grają ci którzy z powodzeniem przeszli do "czwórki", to zupełnie inny level w siatkarskim fachu. Obserwując najlepszych nie sposób było ich nie porównywać do naszej kadry. I tak w kluczowych momentach brakuje zawodników na miarę młodego Kliuki i Dmitrija Volkova wspartych doświadczeniem nieocenionego, kończącego karierę Tietuchina. Pokażcie mi reprezentanta Polski, ba nawet innego kraju, który w wieku 41 lat grałby na choć trochę zbliżonym poziomie. Używając terminologii dendrologicznej jest on swego rodzaju reprezentacyjnym soliterem, no może z wyjątkiem Sergio (40l.) z Brazylii lub Priddy'ego (38l.)z USA. Patrzymy na tych wielkich i widzimy Brazylię po lekkich turbulencjach i goniących ich Włochów i w żaden sposób gdzieś pomiędzy tymi zespołami nie można umieścić podopiecznych Antigi. Szacunek, wciąż to powtarzam dla naszych ale Bartek Kurek nigdy nie będzie miał siły i charyzmy Ivana Zaytseva lub Wallace'a. Michał Kubiak nie zaserwuje z siłą Taylora Sandera, a Grzegorz Łomacz nie kiwnie z mocą Bruno Rezende itd. To żadna nowość stwierdzić że dopiero w chwili bacznych obserwacji tych "największych", widzimy jak bardzo jesteśmy przy nich mali i jak wiele dzieliło nas od odważnych obietnic o złocie, od stanu faktycznego. Oto w wielkim finale Brazylia ogrywa Italię. Z pewnością w ostatecznym triumfie pomogą w tym jej własne "ściany" ale też w wielu momentach szalona demonstracja siły podpowiada tak naprawdę że w reprezentacyjnym świecie hierarchia nie zostaje naruszona. To Canarinhos są i nadal będą pewniakami do zagarnięcia złota za dwa lata w Bułgarii i we Włoszech, a do tego czasu z pewnością aż dwukrotnie ujrzymy ich w Final Four Ligi Światowej. Polakom brakuje świeżego paliwa. Kogoś takiego jak wspomniani Rosjanie lub właśnie Brazylijczycy w typie Luccarellego czy Maurizio Souzy. Po cichu z pewnością liczymy przedewszystkim na Wilfredo Leona, człowieka który może tchnąć nowe życie w tą nieco dziś bezbarwną kadrę, choć z obserwacji doskonale wiemy że taki Osmany Juantorema sam meczu nie wygra. Trzeba wciąż jednak wierzyć że w kraju Mistrzów Świata, odnajdziemy nie tylko możliwość importowania innych graczy ale stworzymy nowych, własnych "Bieńków" czy "Buszków".
14:02, danielsad
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 sierpnia 2016
Podczas jednej z przerw w trzecim secie i słów Stephana Antigi: "Panowie, każdy punkt, każda piłka", niczym bumerang sprzed czterech lat powróciły słowa Andrei Anastasiego: "Guys, please!". Wtedy przegraliśmy z Rosją, dziś z USA... Jeszcze wcześniej, osiem lat temu z wypiekami na twarzy spoglądaliśmy na podopiecznych Raula Lozano i na stojąco rejestrowaliśmy potyczkę z Włochami. Także i dziś nie udało się przekroczyć tej granicy. Ćwierćfinał, to na razie wszystko co mamy do zaproponowania na igrzyskach w tej dyscyplinie. Nikt nie będzie już pamiętał rozpaczy w Japonii, a kilka miesięcy później zasłużonych, radosnych chwil. Nikt nie wspomni o Berlinie i o dramatycznej końcówce z Niemcami. Dzisiejsza porażka definitywnie kończy pewien etap tej Reprezentacji. Jakie będzie jej pokłosie, czas za chwilę pokaże. Tak na gorąco pisząc, z pewnością kluczowy był dziś drugi set i roztrwonione w miarę spokojne, momentami pięciopunktowe prowadzenie. Zwróćcie jednak uwagę na to, że Amerykanie nawet przy kliku punktowej przewadze w trzecim secie, do końca chodzili do każdej piłki, a my nie koniecznie w każdej akcji szliśmy z pełnym poświęceniem. Choćby ta pewność Kurka po ataku Miki, że piłka wyjdzie w aut. Profesjonalista wziąłby ją, choćby zza linii, a jednak rutyna w tym momencie zgubiła Bartka. Właściwie od tego momentu, zaczęło się powolutku wszystko psuć. Mimo wszystko zaangażowania w grę, naszym odmówić nie można. Tyle tylko że spokojniejsza głowa byłaby przy 1:1, niż przy 2:0 i łapaniu, jak to ujął nasz szkoleniowiec każdego punktu. Gdzieś po cichu marzyliśmy o powtórce sprzed lat, kiedy to wielu z nas widziało Stephana Antigę, jak niegdyś legendę Huberta Jerzego Wagnera. Niektórzy z nas (w tym ja) marzyli o jakimkolwiek medalu na szyjach naszych siatkarzy. Niekonieczne złotym. Jak to powiedział mój znajomy z siatkarskiego boiska, jeśli siatkarze zdobędą medal, będzie to co najmniej dwanaście kolejnych krążków na tych Igrzyskach...
22:11, danielsad
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34
Tagi