RSS
czwartek, 11 sierpnia 2016
Gdyby Argentyńczycy w tym spotkaniu nieco przedłużyli swe szanse, znów na horyzoncie ujrzelibyśmy widmo piątego seta. A przecież zaczęło się tak pięknie, prowadziliśmy 2:0 z ekipą która zmiotła ciężki Iran i pokonała wielką Rosję. A my jesteśmy wtedy tak blisko szczęścia, a jednocześnie tak bardzo daleko. Mimo to nie odpuszczamy. Można przecież ciut szybciej zagarnąć całą pulę. Ciężko wypracowana droga do Rio, dała upust zgłodniałej gawiedzi do wystawiania kiepskich ocen naszej kadrze. Memoriał Wagnera i Liga Światowa, tylko utwierdzały ich opinie o stanie naszych siatkarzy przed najważniejszą imprezą w tym roku. A nasi grali w tych turniejach w taki sposób, żeby uśpić złaknioną zwycięstw publikę, żeby upuścić ze znanego wszystkim balonika powietrze i znów zacząć grać z pozycji którą lubimy najbardziej. Nie faworytów, a przeciętniaków, żeby nie powiedzieć maluczkich. Takich którzy wszystko mogą, gdy nikt w nich nie wierzy i gdy przede wszystkim nie grają z etykietką mistrzów. Co prawda pierwsze trzy spotkania wiosny w Rio nie uczynią ale powolutku robimy te małe kroki do przodu, o których mówił w studio po spotkaniu Krzysiek Ignaczak. Nie oglądamy się na przeciwnika, nie tracimy wielu punktów z rzędu ani nie popadamy w jakieś głębsze stany niepewności, nawet po nieco udanych, acz szczęśliwych akcjach. Gramy nad wyraz inteligentną i poukładaną siatkówkę, a trzeci set z Argentyną, jest tego doskonałym dowodem. Bo gdy okazuje się że wciąż się bronisz przed ostateczną egzekucją, to nagle możesz wymyślić coś, na co byś nie wpadł jeszcze dwie godziny temu. Ta trzecia partia byłaby dobrym scenariuszem do ciekawego filmu. Wygrali dwie ważne walki i stanęli do tej ostatniej najważniejszej, najdłuższej i najbardziej dramatycznej. Zakończonej happy-endem. Z taką różnicą że to jeszcze nie koniec i kolejne odcinki (i kroki) nadal przed nami.
23:19, danielsad
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 maja 2016
Wydawało się że klątwa trwa nadal, a francuskie koguty wciąż mają nad nami pewną i wysoką przewagę. Dodatkowo mogli nas dobić w najbardziej przykry sposób, czyli w chwili kiedy światełko w tunelu stawało się coraz bardziej widoczne. Pamiętamy przecież poprzednie imprezy w których tak niewiele brakowało aby chociaż trochę nagryźć ciężkiego rywala. Teraz to się w końcu udało. Nie tylko pokonaliśmy Francję. Pokazaliśmy jej że małymi krokami można dojść do wielkiego celu. Poza oczywistym sukcesem jakim jest to zwycięstwo, to ogromnym plusem jest fakt odbudowania się zespołu. Przegrana po walce 0:3, ponownie zagnieździła by w naszych głowach niepokojącą myśl co do dalszych zdarzeń w japońskim turnieju. Piąty set okazał się zwieńczeniem doskonale wypracowanej roboty całego zespołu. Zmiennicy okazali się być twardsi od swoich kolegów. Zwróciliście uwagę na wszechobecny spokój? To też z pewnością dało podwaliny do tego że nie sposób nas było dziś złamać. Zarówno psychicznie jak i fizycznie choć początek nie zapowiadał rewolucji. Sprawdzają się słowa Ryszarda Boska, który przed rozpoczęciem turnieju mówił o "wyczyszczeniu głów" i zagraniu tak aby atakować, a nie bronić, bo wtedy wszystko zacznie się układać. No i się zaczęło. Tradycyjnie doszukując się dodatkowych smaczków w tym spotkaniu, zwracam uwagę na zachowanie co niektórych francuskich graczy. Niby nic nie znaczące uśmiechy, a mówiące tak wiele o swojej wyższości. Zaznaczam że niekoniecznie byli to zawodnicy grający w Plus Lidze. Oni akurat wiedzą że szacunek należy się absolutnie każdej ekipie i nie należy traktować wszystkich z góry. Przełamanie naszej ekipy przyszło chyba w najlepszym z możliwych momentów. Oto rozpoczynamy niepewnie z Kanadą, z którą tracimy dwa sety ale jak wiemy z przebiegu spotkania, mogło się skończyć jeszcze gorzej. Sceptycy powiedzą żeby znów nie okazało się że braknie nam seta lub dwóch np. z pierwszego meczu. Dziś już wiemy że gracze z kraju klonowego liścia, dość mocno obstrzelali zawsze groźny Iran i kto wie czy nie będą chcieli poważniej podejść do tematu Igrzysk. Dzień drugi to od razu jeszcze wyższa półka i mecz który trochę przypomniał mi styczniową przeprawę z Niemcami w Berlinie. Tamta stawka była oczywiście dużo większa ale pokonanie Francji w tak ciężkich warunkach to wielka sprawa. Teraz dzień przerwy i wracamy podładowani do zdobywania kolejnych łupów. Jedno jest pewne. W dalszej części nie będzie wcale łatwiej. Dziś nawet o drugoligowej Wenezueli czy tak różnie grającej Australii, nie można powiedzieć że już z nimi wygraliśmy. Tutaj w zasadzie nie ma słabych drużyn. Pamiętajmy że turniej trwa do 5 czerwca.
12:58, danielsad
Link Komentarze (1) »
środa, 20 kwietnia 2016
Gdyby nasz obecny mistrz kraju nie był gospodarzem krakowskiego turnieju, a sam awansował do wielkiej czwórki, można by upatrywać się pewnego sukcesiku. Niewielkiego, wszak w zeszłym roku rzeszowianie sami dobrnęli do ścisłego finału. Berlińska przygoda to jednak zupełnie inna bajka. W Krakowie nie dane nam było liczyć na pokonanie rosyjskiej super maszyny, choć za darmo skóry nie oddaliśmy. Gdybamy: Co by było, jeśli prowadząc 1:0 ugralibyśmy i drugą partię? Nic. Przykładem Trentino. Ono przecież szło pewnie po swoje. Radostin Stojczew nie przeczuwał takiego obrotu spraw. Co innego dostać lanie 0:3, co innego być tak blisko i znów pokłonić się mistrzowi. Zenit jest niezniszczalny. Od dwóch lat nikt nie ma prawa go tknąć. Skubiemy więc po trochu kosmiczną ekipę; Skra Bełchatów wpisze sobie w CV zwycięstwo w tej edycji, bo była to jedna z dwóch porażek poniesionych przez podopiecznych Alekny. Jastrzębski pokonał Kazań dwa lata temu w meczu o podium. Od tamtej pory właśnie, w Zenicie trwa odrodzenie, a Liga Mistrzów traktowana jest od zawsze priorytetowo. Można przypuszczać że treningiem do niej jest gra w narodowej Super Lidze w której zespół z Kazania, skazany jest na sukces. Niemal że od dekady kolekcjonuje krajowe tytuły. Przecinki na trzeciej lokacie zdarzały mu się w tym czasie tylko dwukrotnie. Ligę Mistrzów już od pięciu edycji, wygrywają tylko ekipy z Rosji. Wydawało się że zespół z Trydentu po krakowskiej imprezie, jest najbliższy jako ten który przerwie passę wschodnich molochów, mimo to sądzę że na zmianę, co dla niektórych dobrą, nie ma co liczyć.
17:33, danielsad
Link Komentarze (2) »
sobota, 09 kwietnia 2016
Nie mogli się pomylić i przegrać choć jednej partii. Tymczasem marzenia o mistrzostwie prysły już w pierwszym secie. Grając go w "normalnych" warunkach Skra z pewnością pokonałaby ligowego przeciętniaka z Bielska Białej, a tak sama została pokonana przez stres który kompletnie związał jej nogi. Niektórzy twierdzą że w zawodowym sporcie pojęcie presji czy nerwów w ogóle nie istnieje. Tak też wyglądało to na początku spotkania. Bełchatów dobrze rozpoczął, miał kilka punktów przewagi w środkowej części seta i nic nie zapowiadało takiego obrotu sprawy. A jednak czarny scenariusz się ziścił. Premierowa odsłona okazała się być jedną z najgorszych w całym dotychczasowym sezonie dla Skry. Później, gdy emocje już opadły sytuacja wróciła do normy. Druga szóstka na względnym spokoju uporała się z przeciwnikiem ale jak wiemy było to pyrrusowe zwycięstwo. Mam jednak nieodparte wrażenie że kiepski okres w bełchatowskim klubie zaczął się już podczas spotkania z Zenitem Kazań. Wewnętrzne spory w zespole zażegnać miało odejście Miguela Falasci i przyjście Philipa Blaina. Być może personalne wewnętrzne niesnaski nieco przyschły, mimo to ogromna presja w ostatnich meczach, znalazła swą kulminację w dzisiejszym spotkaniu. Będę upierał się przy swoim że w Skrze brakuje zmienników z prawdziwego zdarzenia. Takich którzy zastąpią kontuzjowanego Winiarskiego, przemęczonego Wlazłego, czy dyskutanta Conte. Najjaśniejszą postacią z pierwszego składu wydaje się być najrówniej dotychczas grający, Nicolas Uriarte oraz wciąż stabilny Karol Kłos. Przebłyski rządów na środku siatki miał również Lisinac. Próbowany w ataku grał całkiem ciekawie. Jak wiemy było to jednak wymuszone brakiem Wlazłego. Jeśli Bełchatów chce myśleć o budowie silnej drużyny na przyszły sezon, musi inwestować w kluczowych zawodników. Z całym szacunkiem takie nazwiska jak Janusz, Marcyniak, Gromadowski, Stankovic czy Rodriguez, Europy nie zwojują. Pamiętajmy również że Mariusz ma raczej najlepsze lata już za sobą i choć nadal niejednokrotnie potrafi błysnąć formą, to jego odpowiedni zmiennik wydaje się być bardzo potrzebny. Na osłodę bełchatowianom w tym sezonie pozostanie walka o "pudło" z gdańskim Lotosem. Ciekawi zapewne jesteśmy czy z tych dzisiejszych rozsypanych bełchatowskich puzzli jest szansa poskładać coś na potyczki z zawsze przecież groźnymi podopiecznymi Anastasiego.
17:17, danielsad
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34
Tagi