RSS
niedziela, 29 maja 2016
Wydawało się że klątwa trwa nadal, a francuskie koguty wciąż mają nad nami pewną i wysoką przewagę. Dodatkowo mogli nas dobić w najbardziej przykry sposób, czyli w chwili kiedy światełko w tunelu stawało się coraz bardziej widoczne. Pamiętamy przecież poprzednie imprezy w których tak niewiele brakowało aby chociaż trochę nagryźć ciężkiego rywala. Teraz to się w końcu udało. Nie tylko pokonaliśmy Francję. Pokazaliśmy jej że małymi krokami można dojść do wielkiego celu. Poza oczywistym sukcesem jakim jest to zwycięstwo, to ogromnym plusem jest fakt odbudowania się zespołu. Przegrana po walce 0:3, ponownie zagnieździła by w naszych głowach niepokojącą myśl co do dalszych zdarzeń w japońskim turnieju. Piąty set okazał się zwieńczeniem doskonale wypracowanej roboty całego zespołu. Zmiennicy okazali się być twardsi od swoich kolegów. Zwróciliście uwagę na wszechobecny spokój? To też z pewnością dało podwaliny do tego że nie sposób nas było dziś złamać. Zarówno psychicznie jak i fizycznie choć początek nie zapowiadał rewolucji. Sprawdzają się słowa Ryszarda Boska, który przed rozpoczęciem turnieju mówił o "wyczyszczeniu głów" i zagraniu tak aby atakować, a nie bronić, bo wtedy wszystko zacznie się układać. No i się zaczęło. Tradycyjnie doszukując się dodatkowych smaczków w tym spotkaniu, zwracam uwagę na zachowanie co niektórych francuskich graczy. Niby nic nie znaczące uśmiechy, a mówiące tak wiele o swojej wyższości. Zaznaczam że niekoniecznie byli to zawodnicy grający w Plus Lidze. Oni akurat wiedzą że szacunek należy się absolutnie każdej ekipie i nie należy traktować wszystkich z góry. Przełamanie naszej ekipy przyszło chyba w najlepszym z możliwych momentów. Oto rozpoczynamy niepewnie z Kanadą, z którą tracimy dwa sety ale jak wiemy z przebiegu spotkania, mogło się skończyć jeszcze gorzej. Sceptycy powiedzą żeby znów nie okazało się że braknie nam seta lub dwóch np. z pierwszego meczu. Dziś już wiemy że gracze z kraju klonowego liścia, dość mocno obstrzelali zawsze groźny Iran i kto wie czy nie będą chcieli poważniej podejść do tematu Igrzysk. Dzień drugi to od razu jeszcze wyższa półka i mecz który trochę przypomniał mi styczniową przeprawę z Niemcami w Berlinie. Tamta stawka była oczywiście dużo większa ale pokonanie Francji w tak ciężkich warunkach to wielka sprawa. Teraz dzień przerwy i wracamy podładowani do zdobywania kolejnych łupów. Jedno jest pewne. W dalszej części nie będzie wcale łatwiej. Dziś nawet o drugoligowej Wenezueli czy tak różnie grającej Australii, nie można powiedzieć że już z nimi wygraliśmy. Tutaj w zasadzie nie ma słabych drużyn. Pamiętajmy że turniej trwa do 5 czerwca.
12:58, danielsad
Link Komentarze (1) »
środa, 20 kwietnia 2016
Gdyby nasz obecny mistrz kraju nie był gospodarzem krakowskiego turnieju, a sam awansował do wielkiej czwórki, można by upatrywać się pewnego sukcesiku. Niewielkiego, wszak w zeszłym roku rzeszowianie sami dobrnęli do ścisłego finału. Berlińska przygoda to jednak zupełnie inna bajka. W Krakowie nie dane nam było liczyć na pokonanie rosyjskiej super maszyny, choć za darmo skóry nie oddaliśmy. Gdybamy: Co by było, jeśli prowadząc 1:0 ugralibyśmy i drugą partię? Nic. Przykładem Trentino. Ono przecież szło pewnie po swoje. Radostin Stojczew nie przeczuwał takiego obrotu spraw. Co innego dostać lanie 0:3, co innego być tak blisko i znów pokłonić się mistrzowi. Zenit jest niezniszczalny. Od dwóch lat nikt nie ma prawa go tknąć. Skubiemy więc po trochu kosmiczną ekipę; Skra Bełchatów wpisze sobie w CV zwycięstwo w tej edycji, bo była to jedna z dwóch porażek poniesionych przez podopiecznych Alekny. Jastrzębski pokonał Kazań dwa lata temu w meczu o podium. Od tamtej pory właśnie, w Zenicie trwa odrodzenie, a Liga Mistrzów traktowana jest od zawsze priorytetowo. Można przypuszczać że treningiem do niej jest gra w narodowej Super Lidze w której zespół z Kazania, skazany jest na sukces. Niemal że od dekady kolekcjonuje krajowe tytuły. Przecinki na trzeciej lokacie zdarzały mu się w tym czasie tylko dwukrotnie. Ligę Mistrzów już od pięciu edycji, wygrywają tylko ekipy z Rosji. Wydawało się że zespół z Trydentu po krakowskiej imprezie, jest najbliższy jako ten który przerwie passę wschodnich molochów, mimo to sądzę że na zmianę, co dla niektórych dobrą, nie ma co liczyć.
17:33, danielsad
Link Komentarze (2) »
sobota, 09 kwietnia 2016
Nie mogli się pomylić i przegrać choć jednej partii. Tymczasem marzenia o mistrzostwie prysły już w pierwszym secie. Grając go w "normalnych" warunkach Skra z pewnością pokonałaby ligowego przeciętniaka z Bielska Białej, a tak sama została pokonana przez stres który kompletnie związał jej nogi. Niektórzy twierdzą że w zawodowym sporcie pojęcie presji czy nerwów w ogóle nie istnieje. Tak też wyglądało to na początku spotkania. Bełchatów dobrze rozpoczął, miał kilka punktów przewagi w środkowej części seta i nic nie zapowiadało takiego obrotu sprawy. A jednak czarny scenariusz się ziścił. Premierowa odsłona okazała się być jedną z najgorszych w całym dotychczasowym sezonie dla Skry. Później, gdy emocje już opadły sytuacja wróciła do normy. Druga szóstka na względnym spokoju uporała się z przeciwnikiem ale jak wiemy było to pyrrusowe zwycięstwo. Mam jednak nieodparte wrażenie że kiepski okres w bełchatowskim klubie zaczął się już podczas spotkania z Zenitem Kazań. Wewnętrzne spory w zespole zażegnać miało odejście Miguela Falasci i przyjście Philipa Blaina. Być może personalne wewnętrzne niesnaski nieco przyschły, mimo to ogromna presja w ostatnich meczach, znalazła swą kulminację w dzisiejszym spotkaniu. Będę upierał się przy swoim że w Skrze brakuje zmienników z prawdziwego zdarzenia. Takich którzy zastąpią kontuzjowanego Winiarskiego, przemęczonego Wlazłego, czy dyskutanta Conte. Najjaśniejszą postacią z pierwszego składu wydaje się być najrówniej dotychczas grający, Nicolas Uriarte oraz wciąż stabilny Karol Kłos. Przebłyski rządów na środku siatki miał również Lisinac. Próbowany w ataku grał całkiem ciekawie. Jak wiemy było to jednak wymuszone brakiem Wlazłego. Jeśli Bełchatów chce myśleć o budowie silnej drużyny na przyszły sezon, musi inwestować w kluczowych zawodników. Z całym szacunkiem takie nazwiska jak Janusz, Marcyniak, Gromadowski, Stankovic czy Rodriguez, Europy nie zwojują. Pamiętajmy również że Mariusz ma raczej najlepsze lata już za sobą i choć nadal niejednokrotnie potrafi błysnąć formą, to jego odpowiedni zmiennik wydaje się być bardzo potrzebny. Na osłodę bełchatowianom w tym sezonie pozostanie walka o "pudło" z gdańskim Lotosem. Ciekawi zapewne jesteśmy czy z tych dzisiejszych rozsypanych bełchatowskich puzzli jest szansa poskładać coś na potyczki z zawsze przecież groźnymi podopiecznymi Anastasiego.
17:17, danielsad
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 marca 2016
To miała być niesamowita siatkarska uczta, okraszona ogromem długich akcji, walki punkt za punkt i tak bardzo przez nas lubianego "gryzienia parkietu", momentów w których siatkarze robią absolutnie wszystko aby utrzymać piłkę w powietrzu. To miał być emocjonujący wieczór w którym zespół z Bełchatowa udowodni że jest lepszy, od najlepszej siatkarskiej drużyny na świecie. To miało być kolejne historyczne wydarzenie, w którym rok po roku w gwiazdorskim Final Four spotkają się dwie polskie ekipy. Co ciekawe, nawet gdy przegrywaliśmy już 0:2, większość z nas wciąż miała nadzieję, że przecież za chwilę zobaczymy na boisku tą inną, odmienioną Skrę. Skrę która z powodzeniem doprowadzi za kilkadziesiąt minut do piątej partii, a w niej, na zupełny już deser ponownie pokaże jak należy grać z rosyjskim gigantem. Ciężko jest w tym momencie doszukiwać się przyczyn takiego obrotu sprawy. Być może było nią zmęczenie drużyny, która liczyła na słabszy występ Zenitu. O ile w Kazaniu siły były nieco wyrównane, to w Łodzi prawdziwym egzekutorem okazał się naturalnie Wilfredo Leon, który raz po raz zdobywał ważne punkty. Dzięki jego wysokim współczynniku gry, czyli akcji wykonywanych do akcji udanych, Butko inteligentnie oszczędzał Andresona, a częściej kierował grę do Michajlowa. Ot prosty przepis na sukces. Znaleźć choć jednego gracza w zespole, który ze swoim zasięgiem jest nie do zatrzymania. Gdy ma "dzień konia", przeciwnikowi szybciutko odechce się grać. W tym przypadku było to 1:34. Dmuchajmy i chuchajmy na tego człowieka. Za kilka lat zagra dla nas w Reprezentacji i wtedy okaże się czy potrafimy zrobić go drugim Osmany Juantoremą. To jest właśnie ta kolosalna różnica pomiędzy dobrym, a bardzo dobrym zespołem, a także bardzo bogatym. Z całym szacunkiem, zmiany typu Wlazły - Gromadowski, lub Piechocki - Milczarek, nie spowodowują że stanie się cud. Skra z pewnością będzie się jeszcze chciała podreperować na własnym podwórku. Dzisiaj wyglądało to trochę tak jakby europejską zabawę już sobie zupełnie odpuściła.
22:20, danielsad
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34
Tagi