RSS
czwartek, 24 marca 2016
To miała być niesamowita siatkarska uczta, okraszona ogromem długich akcji, walki punkt za punkt i tak bardzo przez nas lubianego "gryzienia parkietu", momentów w których siatkarze robią absolutnie wszystko aby utrzymać piłkę w powietrzu. To miał być emocjonujący wieczór w którym zespół z Bełchatowa udowodni że jest lepszy, od najlepszej siatkarskiej drużyny na świecie. To miało być kolejne historyczne wydarzenie, w którym rok po roku w gwiazdorskim Final Four spotkają się dwie polskie ekipy. Co ciekawe, nawet gdy przegrywaliśmy już 0:2, większość z nas wciąż miała nadzieję, że przecież za chwilę zobaczymy na boisku tą inną, odmienioną Skrę. Skrę która z powodzeniem doprowadzi za kilkadziesiąt minut do piątej partii, a w niej, na zupełny już deser ponownie pokaże jak należy grać z rosyjskim gigantem. Ciężko jest w tym momencie doszukiwać się przyczyn takiego obrotu sprawy. Być może było nią zmęczenie drużyny, która liczyła na słabszy występ Zenitu. O ile w Kazaniu siły były nieco wyrównane, to w Łodzi prawdziwym egzekutorem okazał się naturalnie Wilfredo Leon, który raz po raz zdobywał ważne punkty. Dzięki jego wysokim współczynniku gry, czyli akcji wykonywanych do akcji udanych, Butko inteligentnie oszczędzał Andresona, a częściej kierował grę do Michajlowa. Ot prosty przepis na sukces. Znaleźć choć jednego gracza w zespole, który ze swoim zasięgiem jest nie do zatrzymania. Gdy ma "dzień konia", przeciwnikowi szybciutko odechce się grać. W tym przypadku było to 1:34. Dmuchajmy i chuchajmy na tego człowieka. Za kilka lat zagra dla nas w Reprezentacji i wtedy okaże się czy potrafimy zrobić go drugim Osmany Juantoremą. To jest właśnie ta kolosalna różnica pomiędzy dobrym, a bardzo dobrym zespołem, a także bardzo bogatym. Z całym szacunkiem, zmiany typu Wlazły - Gromadowski, lub Piechocki - Milczarek, nie spowodowują że stanie się cud. Skra z pewnością będzie się jeszcze chciała podreperować na własnym podwórku. Dzisiaj wyglądało to trochę tak jakby europejską zabawę już sobie zupełnie odpuściła.
22:20, danielsad
Link Dodaj komentarz »
piątek, 18 marca 2016
Po dwóch partiach spotkania w "jaskini lwa" wszystko układało się po myśli gospodarzy. Niewielu chyba oczekiwało w tym momencie, odwrócenia negatywnego dla Bełchatowian scenariusza. Zenit spokojnie szedł po swoje i nawet przegrany kolejny set, nie zaniepokoił podopiecznych Alekny. Jeszcze nie. To Skra potrzebowała przebudzenia. Zagrania nie jednym Mariuszem Wlazłym ale w zasadzie całą szóstką, z przewaga na środkowych ze Srecko Lisinacem na czele. On skończy to spotkanie z prawie 70-procentową skutecznością. Zastanawiam się, mając na myśli Serba, czy powiedzenie że środkowi meczu nie wygrywają, powoli nie traci na znaczeniu. Uriarte tak pokierował drużyną, aby rozłożyć atak na wszystkich. To przyniosło sukces. Zenit nie nadążał z blokami, przyzwyczajony do skakania na skrzydłach odpuszczał środek. Pamiętacie te kilka akcji w trzecim secie, w którym powiało "trzepakiem"? Przebijanka owszem, rodem z podstawówki ale kluczowa gra w polu i w obronie Skry, pozwoliła ponownie zbudować niewielką przewagę i dowieść ją szczęśliwie do końca trzeciego seta. Później nie było wcale lepiej ale długie momenty niepewności w pierwszych odcinkach, Bełchatów zrekompensował sobie w dalszej części meczu. Twardzi zazwyczaj Rosjanie, coraz częściej mylili się na zagrywce, a ich największe wydawałoby się armaty, zaczęły zawodzić na swoich wyuczonych, stałych pozycjach. Nawet nieziemski Wilfredo Leon, zagrał poniżej swoich oczekiwań. Czyżby Zenit chciał pokonać Skrę na siedząco? Być może zgubiły go zbyt łatwo ugrane dwa sety. Tym bardziej rewanż w Atlas Arenie, zapowiada się nad wyraz ciekawie. Oby dalej szczęśliwie. Zupełnie się nie chwaląc, bilet na ten spektakl już zakupiony. To co pisałem wcześniej, Skra i Zenit to zupełnie inne zespoły niż kilka sezonów temu. O ile się nie mylę, w składzie bełchatowian z tamtego finału L.M. pozostał już tylko Mariusz. Nie licząc Michała Winiarskiego, wciąż leczącego kontuzję. Jeden z obecnych dzisiejszych środkowych Andrzej Wrona, siedział wówczas dwa rzędy przede mną. Teraz będzie miał okazję powalczyć o występ przed kilkunastoma tysiącami żółto-czarnych fanów, o udział w Tauron Arenie. Awansować to jedno, wyrzucić za burtę pewnych siebie Rosjan, to drugie. Bezcenne.
19:14, danielsad
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 marca 2016
W polskich parach pojedynków play-off Ligi Mistrzów, trudno było doszukiwać się jakiś niespodziewanych wyników. Zarówno Skra jak i Lotos, zagrali tak jak mogliśmy się po nich spodziewać, czyli w większej części swoich spotkań - niemrawo. Bełchatów przetrzebiony ostatnimi kontuzjami, zdołał ugrać dwa sety potrzebne do awansu i choć w kolejnych dwóch partiach mógł rozstrzygnąć mecz na swoją korzyść, to uległ ostatecznie w tie-break'u. Tak, wiem że na boisku po dwóch odsłonach Miguel Falasca dał pograć zmiennikom. Prosta zasada że nie przemęczamy wyjściowego składu, skoro cel został zdobyty. Lotosu nie spotkał siatkarski cud. Zenit dopiął swego w najszybciej możliwy sposób. Nie okazał się jednak na tyle gościnny, by nieco dłużej dać pograć kolegom z Gdańska. Co więcej, Alekno założył drugi garnitur, a ten wyglądał całkiem dobrze jak ten wyjściowy, a więc można się pokazać w Europie nie tylko w jednym przebraniu. Nadmiar obfitości ale od przybytku głowa nie boli. Tak więc przy pierwszej "drabince" w walce o Kraków, już mamy szlagier. Tyle że w konfrontacji z rosyjskim molochem, Skra może się wydawać dużo słabsza. To nie jest ten sam zespół, co w pamiętnym finale cztery lata temu. Bez Bartka Kurka, Danka Plińskiego czy Pawła Zatorskiego. Tamta Skra jak pamiętamy była dwie piłki od historycznego triumfu. Dzisiejsza ledwie ociera się o pierwszą czwórkę na kontynencie. To też dużo ale czy nie za mało na Rosjan? Zenit również jest inny. Lepszy. Z siatkarskim Leonem Messim - Wilferdo Leonem i jednym z lepszych atakujących na świecie Matthew Andresonem. Taka drużyna nie potrzebuje większych rekomendacji. Co roku czekam właśnie na ten moment. Na ostatni akord przed Final Four, nie na sam turniej. W tym momencie na być albo nie być o jeden poziom wyżej. Pojedynki w tej fazie są czasami dużo bardziej ciekawsze niż podczas samej imprezy. Do tego mamy dwie odsłony, mecz i rewanż. Na własnym terenie wiele drużyn potrafi grać niebotyczną siatkówkę. Później role się odwracają, a o końcowym awansie nierzadko decydują siatkarskie dogrywki. Każda z par będzie z pewnością w stanie wyczarować swój własny niepowtarzalny spektakl. Swój taniec z gwiazdami, bo przecież na tym etapie w każdej ekipie znajdą się starzy siatkarscy wyjadacze, poprzetykani nowymi, młodymi elementami. Narybkiem zdolnym podpatrywać bardziej zdolnych kolegów po fachu. Trochę żałuje że w dalszych odcinkach nie zobaczymy włoskich wirtuozów zespołu DHL Modena. Co nie znaczy że nie cieszę się z kolejnego sukcesu Michała Kubiaka. Dla mnie na tym poziomie awans powinny uzyskać obie drużyny, ex aequo. To co wyczyniali wczoraj Rezende z Lucasem to swoisty wzorzec, szablon którego można spróbować się nauczyć. Pytanie tylko czy niektóre sekwencje grane pomiędzy Brazylijczykami są do powtórzenia. Czy inni są w stanie wskoczyć na ten level. Paradoks jest taki że czasami najpiękniejsza, kosmiczna siatkówka awansu nie daje i tak też było w tym przypadku.
21:23, danielsad
Link Komentarze (2) »
czwartek, 18 lutego 2016
Czy faktycznie liczyliśmy na coś więcej w spotkaniu naszego polskiego "Kopciuszka" gdy przyszło mu się zmierzyć, jak to się już utarło z "siatkarską Barceloną" ? Odpowiem słowami Mariusza Czajki ze znanej wszystkim polskiej komedii: "Nie wydaje mi się". Pamiętajmy o tym że Gdańsk dopiero co zapukał do wrót siatkarskiej elity na kontynencie, a już chcemy go widzieć jak ogrywa trzykrotnego zdobywcę Ligi Mistrzów. Nawet jeśli spojrzymy nieco wstecz i przypomnimy sobie jak waleczni byli podopieczni Anastasiego podczas drugiej potyczki z Modeną, to jednak trzeba przyznać że był to grupowy pojedynek, po którym wiadomo było że obie ekipy i tak meldują się w kolejnej fazie rozgrywek. Nie chcę absolutnie umniejszać dotychczasowych zasług Trefla. Samo wyjście z grupy, jest przecież ogromnym sukcesem. Ponadto wspaniała walka z włoskim kolekcjonerem światowych gwiazd, rozbudziła z pewnością apetyty na więcej. Gdy jednak na drodze staje kosmiczny Zenit, ciężko jest od razu gotować się na jakikolwiek sukces, nawet jeśli miałoby to być tylko minimalne zwycięstwo po tie-break'u i to tylko w jednym meczu. Na tym etapie uwidaczniają się konkretne różnice w obydwu zespołach. Ich miejsca w europejskiej hierarchii. Powiedzmy sobie jasno, że Gdańsk dopiero zaczyna budować swoją historię i oby to była podobna opowieść do tej jaką mieliśmy okazje poznać obserwując Bełchatów czy Rzeszów, a wcześniej Kędzierzyn czy Jastrzębie. Na to jak wiemy potrzeba trochę czasu. Mnie osobiście podoba się to że zespół z wybrzeża jako kolejny polski klub "podejmuje rękawice" i z czasem będzie chciał przemienić się z nieznanego szerszej publice nowicjusza, w wytrawnego gracza liczącego się w dalszych pucharowych poziomach.
22:04, danielsad
Link Komentarze (3) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 34
Tagi