RSS
niedziela, 07 lutego 2016
A gdyby tak Katowice i Spała pokonały swoich dużo mocniejszych rywali? Gdyby Bełchatów z Rzeszowem odpuścili walkę o krajowy puchar, mając na względzie równoległą grę w dwóch ligach? Mielibyśmy w finale jedną ekipę z niższej klasy rozgrywkowej... Okazuje się jednak że ten turniej nadal cieszy się sporym zainteresowaniem wszystkich jego uczestników i nikt nie zamierzał traktować go ulgowo. Zwłaszcza drugi półfinałowy pojedynek, elektryzujący klasyk, który był swoistym preludium do środowego szlagieru. Mistrz Polski przegrywa ze swoim odwiecznym rywalem. Do hali na Podpromiu Skra przyjedzie podbudowana tym cennym zwycięstwem, zwłaszcza że w pierwszej kolejce rundy zasadniczej musiała uznać wyższość ekipy Andrzeja Kowala. To jak się później okazało nie były jeszcze największe emocje w tej imprezie. Sam finał, mógł skończyć się już po czterech partiach i pewnym zwycięstwie zawodników z Kędzierzyna. Mieli absolutnie wszystko aby wygrać z ciężko poruszającą się bełchatowską maszyną. Wtedy jednak ten mecz rozpoczął się od nowa. Mieliśmy niesamowitą dramaturgię i poziom którego z pewnością nie powstydziłaby się włoska lub rosyjska ekstraklasa. Kilkanaście akcji po obu stronach można oglądać bez końca. Zwłaszcza ktoś kto sam gra w siatkówkę, chciałby przenieść kilka obrazków z tego finału i zastosować we własnym Menu. Osobiście podziwiam oba zespoły i fakt że w decydujących momentach nikomu nie zadrżała ręka. Odporność psychiczna, w takich chwilach to ogromna broń ale przecież zdobywa się ją latami. Ma się wrażenie że przy tak dużym ładunku energetycznym i emocjonalnym, nierzadko na styku punktowym decydującym o ostatecznym wyniku, wypracowanie danej akcji kosztuje bardzo wiele. Ryszard Bosek stwierdził kiedyś "Jesteś tak dobry, jak twój ostatni mecz". Dzisiejszy dobitnie pokazał, że czasem nie chodzi nawet o całe spotkanie ale o jedną akcję. Facundo Conte, przy "match ball'u" dla rywali, zaatakował z piłki sytuacyjnej, z trudem wystawionej przez Uriarte i wyrównał stan w tie-breaku. Gdyby się wtedy spalił byłoby po wszystkim, a on sam nie zostałby najlepszym przyjmującym turnieju. Podobnie z drugiej strony. Cały czas świetnie grał przecież Sam Deroo i podobnie jak Argentyńczyk dostał piłkę na przełamanie wyniku. Spudłował i choć to on był w przekroju całego turnieju pewnie ciut lepszy, został z niczym. Skra zdobyła puchar po ciężkiej i wyniszczającej walce. Kto wie czy nie wyniszczającej w sensie dosłownym (Mariusz Wlazły), a tu w środę mecz o być albo nie być w finale mistrzostw Polski. Kolejna potyczka na trasie piekło - niebo.
niedziela, 10 stycznia 2016
Potrzebowaliśmy szczęścia. Siatkarskiego szczęścia. Takiego o którym mówił przygnębiony Michał Kubiak po półfinale z Francją. Doskonale wiedział wtedy, że kolejny dzień może być jednym z piękniejszych w jego życiu lub skończyć się tak jak kilka wcześniejszych, zeszłorocznych imprez. W nieprawdopodobnych okolicznościach, w zasadzie przy ciągłym prowadzeniu Niemców, odwróciliśmy losy meczu. Coś, co wydawało się nieosiągalne przy prowadzeniu gospodarzy 2:1, stało się faktem. Tak jak w Lidze Światowej czy mistrzostwach Europy o końcowym sukcesie decydowały dwie piłki. Dla mnie do historii przejdzie akcja przy stanie 12:11 dla Niemców, po kolejnym mocnym ataku Grozera. Wyciągniecie piłki "Zatora", wystawa "Mac Gregora" i klepnięcie "Kurasia". To nam dało impuls że można to wygrać nie bacząc na niesprzyjające okoliczności miejsca, sędziów czy choćby samego belgijskiego szkoleniowca. Vital Heynen nie tylko dyskutował sam ze sobą, wpadając w coraz to większe turbulencje ale i sam chciał przeszkadzać polskim zawodnikom. Ciągle uśmiechnięty, ironiczne spoglądał na swoich przeciwników, przekonany o wysokiej wartości jego drużyny. Po końcowym gwizdku nadal wyglądał tak jak wcześniej. Niczym Egon Olsen z kultowej komedii, w chwili złapania go przez Policję. Bezcenny obrazek. Chyba wszyscy podczas tego spotkania, obawialiśmy się powrotu złych demonów. Tego piekielnego scenariusza pisanego na wspomnianych poprzednich turniejach. Po czwartym secie zacząłem analogicznie spoglądać wstecz. Przypomniałem sobie batalie w japońskim turnieju z Włochami. Tam graliśmy co prawda o bezpośredni awans, tutaj o kolejną szansę na jego uzyskanie. Tam potrzebowaliśmy dwa sety, tutaj trzy. Tam trzecie miejsce było porażką, tutaj zwycięstwem. Jeden fakt pozostał niezmienny: przegrany zostawał z niczym. Dość szybko okazało się, jeszcze w fazie grupowej, że utytułowana ostatnimi sukcesami Francja, będzie faworytem do zgarnięcia jedynego biletu do Rio. Chyba po raz pierwszy w historii każdy w półfinale ważnej imprezy chciał trafić na Rosję, a uniknąć "Trójkolorowych". Niemcy dopieli swego ale Sborna okazała się później nie do przejścia i w czterech setach pozbawiła ich złudzeń o finale. My mieliśmy pokonać tak często nazywaną, zwłaszcza ostatnimi czasy, Brazylię Europy. Mocno niewygodnego przeciwnika, zwycięzcę Ligi Światowej i mistrza Europy. Gdybyśmy to my triumfowali w dwóch setach przegranych na przewagi to kto wie, co działoby się w tym ostatnim. Gdzieś, tam pozostaje niesmak że pomimo porażki 0:3, Francuzi byli bliscy dopadnięcia, tak jak kiedyś Canarinhos... Swój koncert ponownie wyśmienicie rozegrał Erwin N'Gapeth. Siatkarz, którego zaryzykuje twierdzenie, we współczesnej siatkówce nie było. Podczas spotkania gra jakby od niechcenia, często bez specjalnego zaangażowania a i tak zaskakuje wszystkich (łącznie z kolegami z drużyny) swoją niekonwencjonalnością, połączoną z obojętnym traktowaniem kolejnych piłek. Mam wrażenie że gdyby szedł do bloku z rękami w kieszeniach to i tak byłby jednym z lepszych w tym elemencie. Piłka jak to się zwykło mówić, słucha go za każdym razem. A jednak ta bajkowa opowieść ma swój koniec i szykowany przez "Kogutów" szampan musi poczekać co najmniej do maja. To Rosja może być pewna awansu na Igrzyska. Siatkarze Alekny podchodzili niespecjalnie do berlińskiego turnieju, polecieli tam bez swej największej gwiazdy i faworytami absolutnie nie byli. W Berlinie, jakby przyczajeni czekali na przebieg wypadków a wówczas ruszyli do zmasowanego ataku i cel jak najbardziej osiągnęli. Nasi siatkarze powtarzają że dzisiejszy sukces to tylko spory krok do awansu ale jeszcze nie końcowa feta. To dobrze że nie brak im pokory. Znają siebie i swoje miejsce w szeregu ale w azjatyckim wyścigu do Rio, z pewnością będą chcieli pokazać się w roli mistrzów Świata, którzy wbrew słowom Bartosza Kurka, nadal istnieją.
21:08, danielsad
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 30 listopada 2015
Z Plus ligowego podwórka wyciągam na tapetę wczorajszy odcinek pomiędzy mistrzem Polski, a ekipą jeszcze kilka lat temu nie znaną w siatkarskiej ekstraklasie. Dla "pasiaków" miała to być miła, lekka i szybka wieczorna gierka, a skończyło się na jednopunktowej zdobyczy i w efekcie stracie ważnych dwóch oczek w ligowej tabeli. Jak ważne są nawet poszczególne sety w tym sezonie, nikomu tłumaczyć nie trzeba. Zrekonstruowanie harmonogramu rozgrywek, celem podporządkowania go pod Igrzyska Olimpijskie staje się zmorą wielu ekip. Jednak dla nas, widzów, oglądanie potyczek mocniejszych ze słabszymi nabiera nowych kolorów już na początku sezonu. Najlepszym zawodnikiem wczorajszego spotkania wybrany został Markus Boheme, środkowy z Cuprum. Dla mnie najbardziej wartościowym graczem był Bartek Kurek, który sam zdobył 38 punktów, liczbę nieosiągalną dla przeciętnego siatkarza na tej pozycji, w przeciągu jednego spotkania. Lukas Tichacek dość szybko zorientował się że Bartek jest w zasadzie jedynym w rzeszowskiej ekipie graczem, zdolnym do gry na równi, z niezwykle silnym tego dnia przeciwnikiem. Niestety. Bartek meczu w pojedynkę nie wygra, a brak zmiennika (po kontuzji Jochena Schopsa) jest najłagodniej ujmując sporym niedociągnięciem włodarzy mistrza kraju. Posiłki są już w drodze. Dominik Witczak szybko spakował się widząc wakat na Podromiu i bez ogródek przyznał, że woli być zmiennikiem dla pierwszego atakującego niż dogrzewać (nie tak zupełnie grzać, bo jednak trochę ostatnio grał) ławę w Kędzierzynie. Celowo wybrałem akurat to spotkanie aby unaocznić moim zdaniem pewien fakt przed jakim stają właśnie nasi francuscy trenerzy. Oto zbliża się jeden z najważniejszych turniejów eliminacyjnych w dziejach ludzkości. Powołanie otrzymują!... Zagumny - jest! a Wlazły, Wlazły, gdzie jest Wlazły... niema i nie będzie. No to trzeba otoczyć Bartka wianuszkiem najlepszych z najlepszych i mieć jednak nadzieję że On sam doprowadzi nas do szczęśliwego końca berlińskiej wyprawy, bo z całym szacunkiem dla pozostałych atakujących... różnica w prezentowanym poziomie jest widoczna gołym okiem. Oby "Mikołaj szybko nie skończył" i chciał nas obdarować jakimś większym prezentem niemal tuż po święcie Trzech Króli.
18:25, danielsad
Link Komentarze (1) »
środa, 11 listopada 2015

W najgorszym z możliwych momencie, Tomasz Swędrowski podziękował za uwagę i zaprosił do pomeczowego studia. W tym czasie Miguel Falasca, niemal identycznie jak kilka lat temu Jacek Nawrocki wykłócał się o ostatnią akcję z arbitrami. Skra nie potrafi dociągnąć bezpiecznej przewagi, więc przegrywa w normalnej walce, a później jesteśmy zaproszeni na After party wraz z gospodarzami imprezy. Gdybym zapłacił 80zł i przebył 35km, byłbym uczestnikiem tej pomeczowej uczty. Prawda jest taka że Skra przegrywa mecz na szczycie na własne życzenie. Rzeszów był dzisiaj po prostu lepszy i zwyciężył zasłużenie. Naturalnie ta siatkarska sól, była dzisiaj umiejętnie dosypywana, tak że mogliśmy kosztować przysmaków z samej górnej, plusligowej półki. Pachniało tie-breakiem ale do czasu. Trochę szkoda, bo wydarzenia w Bełchatowie mogły zakończyć się dużo smaczniejszym deserem, bez względu na wynik. 

Asseco Resovia przyjechała do jaskini lwa wzmocniona obecnością złotego dziecka, grającego przez kilka sezonów w Skrze. To własnie ręce Bartka były swoistym detonatorem cztery lata temu, kiedy to sędzia dopatrzył się jego kontaktu z piłką a Resovia dzięki temu powiększyła prowadzenie z PGE, którego nie oddała do końca. - Czemu nas oszukujesz? Harujemy jak woły, a ty się śmiejesz! - wrzeszczał wówczas trener Naworcki do Andrzeja Lemka, będącego wówczas komisarzem spotkania. Minęły lata, a Bartek ponownie zameldował się w Bełchatowie i jak sam po meczu przyznał, jeszcze nigdy nie wygrał ze Skrą. Ani w barwach Dynama Moskwa, ani pod banderą włoskiej Lube Banci Maceraty. Dzisiejszy dzień jest więc dla Niego tworzeniem się nowej historii.

Trzeba przyznać, porównując obie ekipy, że zespół Andrzeja Kowala ma dużo bardziej ciekawszą kadrę. Bartosz doskonale wpasował się w zespół, Dmytro Paszycki umiejętnie zakleja lukę po kontuzjowanym Piotrze Nowakowskim. Dawid Dryja straszy zagrywką ale jednym z ciekawszych transferów jest przyjście Tomasa Jaschkiego, którego dzisiejsze zagrywki i ataki robiły wrażenie na wszystkich obserwatorach szlagierowego spotkania. Do Bełchatowa przybył po europejskich wojażach Marcel Gromadowski, mimo to wątpie że będzie on równoznacznym zmiennikiem niesmiertelnego Wlazłego. Na pozycję libero powrócił Robet Milczarek, będący niegdyś mocnym przyjmującym Skry, a na środku pojawił się Mariusz Marcyniak z częstochowskiego AZS. Do tego Marcin Janusz zmieniać ma na rozegraniu Nicolasa Uriartę. Z całym szacunkiem dla nowo przybyłych graczy, czyżby w kasach bełchatowskiego klubu święciło pustkami? Jedynie Michała Winiarskiego zastępuje do końca roku Israel Hernandez, któremu piłki rzucał jeszcze w kadrze Miguel Falasca. Ot jedyny zagraniczniak który ma wzmocnić przyjęcie. Patrząc na coraz bardziej wyrównaną ekstraklasę, Bełchatów wygląda trochę mizernie, a pamiętajmy że krajowe występy, to nie jedyne pole na którym przyjdzie sie mierzyć graczom Skry.

18:56, danielsad
Link Komentarze (1) »
Tagi