RSS
niedziela, 10 stycznia 2016
Potrzebowaliśmy szczęścia. Siatkarskiego szczęścia. Takiego o którym mówił przygnębiony Michał Kubiak po półfinale z Francją. Doskonale wiedział wtedy, że kolejny dzień może być jednym z piękniejszych w jego życiu lub skończyć się tak jak kilka wcześniejszych, zeszłorocznych imprez. W nieprawdopodobnych okolicznościach, w zasadzie przy ciągłym prowadzeniu Niemców, odwróciliśmy losy meczu. Coś, co wydawało się nieosiągalne przy prowadzeniu gospodarzy 2:1, stało się faktem. Tak jak w Lidze Światowej czy mistrzostwach Europy o końcowym sukcesie decydowały dwie piłki. Dla mnie do historii przejdzie akcja przy stanie 12:11 dla Niemców, po kolejnym mocnym ataku Grozera. Wyciągniecie piłki "Zatora", wystawa "Mac Gregora" i klepnięcie "Kurasia". To nam dało impuls że można to wygrać nie bacząc na niesprzyjające okoliczności miejsca, sędziów czy choćby samego belgijskiego szkoleniowca. Vital Heynen nie tylko dyskutował sam ze sobą, wpadając w coraz to większe turbulencje ale i sam chciał przeszkadzać polskim zawodnikom. Ciągle uśmiechnięty, ironiczne spoglądał na swoich przeciwników, przekonany o wysokiej wartości jego drużyny. Po końcowym gwizdku nadal wyglądał tak jak wcześniej. Niczym Egon Olsen z kultowej komedii, w chwili złapania go przez Policję. Bezcenny obrazek. Chyba wszyscy podczas tego spotkania, obawialiśmy się powrotu złych demonów. Tego piekielnego scenariusza pisanego na wspomnianych poprzednich turniejach. Po czwartym secie zacząłem analogicznie spoglądać wstecz. Przypomniałem sobie batalie w japońskim turnieju z Włochami. Tam graliśmy co prawda o bezpośredni awans, tutaj o kolejną szansę na jego uzyskanie. Tam potrzebowaliśmy dwa sety, tutaj trzy. Tam trzecie miejsce było porażką, tutaj zwycięstwem. Jeden fakt pozostał niezmienny: przegrany zostawał z niczym. Dość szybko okazało się, jeszcze w fazie grupowej, że utytułowana ostatnimi sukcesami Francja, będzie faworytem do zgarnięcia jedynego biletu do Rio. Chyba po raz pierwszy w historii każdy w półfinale ważnej imprezy chciał trafić na Rosję, a uniknąć "Trójkolorowych". Niemcy dopieli swego ale Sborna okazała się później nie do przejścia i w czterech setach pozbawiła ich złudzeń o finale. My mieliśmy pokonać tak często nazywaną, zwłaszcza ostatnimi czasy, Brazylię Europy. Mocno niewygodnego przeciwnika, zwycięzcę Ligi Światowej i mistrza Europy. Gdybyśmy to my triumfowali w dwóch setach przegranych na przewagi to kto wie, co działoby się w tym ostatnim. Gdzieś, tam pozostaje niesmak że pomimo porażki 0:3, Francuzi byli bliscy dopadnięcia, tak jak kiedyś Canarinhos... Swój koncert ponownie wyśmienicie rozegrał Erwin N'Gapeth. Siatkarz, którego zaryzykuje twierdzenie, we współczesnej siatkówce nie było. Podczas spotkania gra jakby od niechcenia, często bez specjalnego zaangażowania a i tak zaskakuje wszystkich (łącznie z kolegami z drużyny) swoją niekonwencjonalnością, połączoną z obojętnym traktowaniem kolejnych piłek. Mam wrażenie że gdyby szedł do bloku z rękami w kieszeniach to i tak byłby jednym z lepszych w tym elemencie. Piłka jak to się zwykło mówić, słucha go za każdym razem. A jednak ta bajkowa opowieść ma swój koniec i szykowany przez "Kogutów" szampan musi poczekać co najmniej do maja. To Rosja może być pewna awansu na Igrzyska. Siatkarze Alekny podchodzili niespecjalnie do berlińskiego turnieju, polecieli tam bez swej największej gwiazdy i faworytami absolutnie nie byli. W Berlinie, jakby przyczajeni czekali na przebieg wypadków a wówczas ruszyli do zmasowanego ataku i cel jak najbardziej osiągnęli. Nasi siatkarze powtarzają że dzisiejszy sukces to tylko spory krok do awansu ale jeszcze nie końcowa feta. To dobrze że nie brak im pokory. Znają siebie i swoje miejsce w szeregu ale w azjatyckim wyścigu do Rio, z pewnością będą chcieli pokazać się w roli mistrzów Świata, którzy wbrew słowom Bartosza Kurka, nadal istnieją.
21:08, danielsad
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 30 listopada 2015
Z Plus ligowego podwórka wyciągam na tapetę wczorajszy odcinek pomiędzy mistrzem Polski, a ekipą jeszcze kilka lat temu nie znaną w siatkarskiej ekstraklasie. Dla "pasiaków" miała to być miła, lekka i szybka wieczorna gierka, a skończyło się na jednopunktowej zdobyczy i w efekcie stracie ważnych dwóch oczek w ligowej tabeli. Jak ważne są nawet poszczególne sety w tym sezonie, nikomu tłumaczyć nie trzeba. Zrekonstruowanie harmonogramu rozgrywek, celem podporządkowania go pod Igrzyska Olimpijskie staje się zmorą wielu ekip. Jednak dla nas, widzów, oglądanie potyczek mocniejszych ze słabszymi nabiera nowych kolorów już na początku sezonu. Najlepszym zawodnikiem wczorajszego spotkania wybrany został Markus Boheme, środkowy z Cuprum. Dla mnie najbardziej wartościowym graczem był Bartek Kurek, który sam zdobył 38 punktów, liczbę nieosiągalną dla przeciętnego siatkarza na tej pozycji, w przeciągu jednego spotkania. Lukas Tichacek dość szybko zorientował się że Bartek jest w zasadzie jedynym w rzeszowskiej ekipie graczem, zdolnym do gry na równi, z niezwykle silnym tego dnia przeciwnikiem. Niestety. Bartek meczu w pojedynkę nie wygra, a brak zmiennika (po kontuzji Jochena Schopsa) jest najłagodniej ujmując sporym niedociągnięciem włodarzy mistrza kraju. Posiłki są już w drodze. Dominik Witczak szybko spakował się widząc wakat na Podromiu i bez ogródek przyznał, że woli być zmiennikiem dla pierwszego atakującego niż dogrzewać (nie tak zupełnie grzać, bo jednak trochę ostatnio grał) ławę w Kędzierzynie. Celowo wybrałem akurat to spotkanie aby unaocznić moim zdaniem pewien fakt przed jakim stają właśnie nasi francuscy trenerzy. Oto zbliża się jeden z najważniejszych turniejów eliminacyjnych w dziejach ludzkości. Powołanie otrzymują!... Zagumny - jest! a Wlazły, Wlazły, gdzie jest Wlazły... niema i nie będzie. No to trzeba otoczyć Bartka wianuszkiem najlepszych z najlepszych i mieć jednak nadzieję że On sam doprowadzi nas do szczęśliwego końca berlińskiej wyprawy, bo z całym szacunkiem dla pozostałych atakujących... różnica w prezentowanym poziomie jest widoczna gołym okiem. Oby "Mikołaj szybko nie skończył" i chciał nas obdarować jakimś większym prezentem niemal tuż po święcie Trzech Króli.
18:25, danielsad
Link Komentarze (1) »
środa, 11 listopada 2015

W najgorszym z możliwych momencie, Tomasz Swędrowski podziękował za uwagę i zaprosił do pomeczowego studia. W tym czasie Miguel Falasca, niemal identycznie jak kilka lat temu Jacek Nawrocki wykłócał się o ostatnią akcję z arbitrami. Skra nie potrafi dociągnąć bezpiecznej przewagi, więc przegrywa w normalnej walce, a później jesteśmy zaproszeni na After party wraz z gospodarzami imprezy. Gdybym zapłacił 80zł i przebył 35km, byłbym uczestnikiem tej pomeczowej uczty. Prawda jest taka że Skra przegrywa mecz na szczycie na własne życzenie. Rzeszów był dzisiaj po prostu lepszy i zwyciężył zasłużenie. Naturalnie ta siatkarska sól, była dzisiaj umiejętnie dosypywana, tak że mogliśmy kosztować przysmaków z samej górnej, plusligowej półki. Pachniało tie-breakiem ale do czasu. Trochę szkoda, bo wydarzenia w Bełchatowie mogły zakończyć się dużo smaczniejszym deserem, bez względu na wynik. 

Asseco Resovia przyjechała do jaskini lwa wzmocniona obecnością złotego dziecka, grającego przez kilka sezonów w Skrze. To własnie ręce Bartka były swoistym detonatorem cztery lata temu, kiedy to sędzia dopatrzył się jego kontaktu z piłką a Resovia dzięki temu powiększyła prowadzenie z PGE, którego nie oddała do końca. - Czemu nas oszukujesz? Harujemy jak woły, a ty się śmiejesz! - wrzeszczał wówczas trener Naworcki do Andrzeja Lemka, będącego wówczas komisarzem spotkania. Minęły lata, a Bartek ponownie zameldował się w Bełchatowie i jak sam po meczu przyznał, jeszcze nigdy nie wygrał ze Skrą. Ani w barwach Dynama Moskwa, ani pod banderą włoskiej Lube Banci Maceraty. Dzisiejszy dzień jest więc dla Niego tworzeniem się nowej historii.

Trzeba przyznać, porównując obie ekipy, że zespół Andrzeja Kowala ma dużo bardziej ciekawszą kadrę. Bartosz doskonale wpasował się w zespół, Dmytro Paszycki umiejętnie zakleja lukę po kontuzjowanym Piotrze Nowakowskim. Dawid Dryja straszy zagrywką ale jednym z ciekawszych transferów jest przyjście Tomasa Jaschkiego, którego dzisiejsze zagrywki i ataki robiły wrażenie na wszystkich obserwatorach szlagierowego spotkania. Do Bełchatowa przybył po europejskich wojażach Marcel Gromadowski, mimo to wątpie że będzie on równoznacznym zmiennikiem niesmiertelnego Wlazłego. Na pozycję libero powrócił Robet Milczarek, będący niegdyś mocnym przyjmującym Skry, a na środku pojawił się Mariusz Marcyniak z częstochowskiego AZS. Do tego Marcin Janusz zmieniać ma na rozegraniu Nicolasa Uriartę. Z całym szacunkiem dla nowo przybyłych graczy, czyżby w kasach bełchatowskiego klubu święciło pustkami? Jedynie Michała Winiarskiego zastępuje do końca roku Israel Hernandez, któremu piłki rzucał jeszcze w kadrze Miguel Falasca. Ot jedyny zagraniczniak który ma wzmocnić przyjęcie. Patrząc na coraz bardziej wyrównaną ekstraklasę, Bełchatów wygląda trochę mizernie, a pamiętajmy że krajowe występy, to nie jedyne pole na którym przyjdzie sie mierzyć graczom Skry.

18:56, danielsad
Link Komentarze (1) »
czwartek, 22 października 2015

Gra polskiej reprezentacji siatkarzy w każdej z trzech imprez tego roku, przypominała mi trochę trzy różne gale bokserskie. W każdej z nich nasze "walczaki" prowadzili znacznie na punkty, aby pod koniec zostać znokautowanym. Na ten temat powiedziano już bardzo wiele, włącznie ze zwolnieniem naszej francuskiej dwójki za uciułany całoroczny urobek. No tak, polskie piekiełko... Gdy naszym sportowcom dobrze idzie, przenosimy z nimi góry, kiedy jednak pasma zwycięstw nie kończą się ostatecznym sukcesem, chcemy wszystko burzyć, niszczyć i najlepiej zaczynać od nowa, z nowymi ludźmi którzy przecież na pewno znajdą receptę na wszelkie bolączki.

Moim zdaniem siatkarze zagrali jeden z lepszych sezonów i choć żaden z zakładanych celów nie został zdobyty, musimy nadal wierzyć w tą ciekawie grającą grupę chłopaków. Wiem że sam pisałem po japońskim pucharze świata o tym że w zasadzie zostali po nim z niczym. Jednak po słoweńskiej lekcji zmieniłem zdanie. Przez całą fazę grupową mistrzostw europy, ponownie pokazali że są twardymi facetami i nie oglądają się na to co było. Pamiętajmy że od awansu do półfinału dzieliła nas jedna dobrze zagrana akcja. Rozpisywalibyśmy się wtedy że zatrzymaliśmy Słoweńców w najmniej oczekiwanym dla nich momencie, a nam znów dopisało szczęście. No cóż, tym razem nie dopisało a nasi oponenci zostali drugą drużyną na kontynencie pokonując faworyzowanych Włochów. Gdybyśmy wtedy pokonali Słowenię, Italia rozbiłaby nas w trzech setach. Mówiąc wprost - z meczu na mecz traciliśmy siły których zwyczajnie brakło na "czwórkę". Przegraliśmy kondycyjnie, a nie poprzez brak umiejętności. Spróbujmy przez chwilę odwrócić role i znaleźć się w skórze biało-czerwonych. Jak teraz znaleźć dalszy sens gry i bić się o igrzyska w dużo mniej korzystnych warunkach ? Łatwo powiedzieć że należy pamiętać tylko o zwycięskich bojach, które jeszcze "wczoraj" nic nie znaczyły. Teraz znaczyć będą bardzo wiele.

Mówiąc o dobrym sezonie, miałem na myśli konsekwentną grę naszej drużyny. Patrzymy na końcówki turniejów a nikt nie bierze pod uwagę tego co działo się w środku. Ciężkie przeprawy, w wielu mętnych momentach i podczas niepewnego wyniku który nierzadko otwieraliśmy od stanu w setach 0:1. Goniliśmy i ta pogoń w dużej mierze się udawała. Kilka punktów przewagi dla nas nie było wystarczającą mobilizacją do dalszej gry. Musieliśmy przegrywać, być w tyle aby narzucić sobie jeszcze trudniejsze warunki w danej konfrontacji. To budowało w nas przekonanie że tak już będzie do końca, że prędzej czy później i tak dopadniemy rywala. W końcu jesteśmy mega mocni psychicznie. Liczę na to że ta dobra praca głową będzie naszą tajną bronią podczas przeprawy w Berlinie i tym razem finałowa rozgrywka skończy się z happy-endem. Zbliżająca się Plus Liga ma być swoistym przecinkiem dla kadrowiczów, którym przecież będziemy się bacznie przyglądać. Czy w nieco ponad dwa miesiące nasza kadra narodzi się na nowo ? Kto wie, może Stephan z Philipem odnajdą nowych Bieńków na styczniowe starcia.

20:05, danielsad
Link Dodaj komentarz »
Tagi